Lekcja tolerancji - recenzja Alias: Jessica Jones tom 2

by 20:33 0 komentarze

Nadal mam problem z Jessicą Jones. Mimo wszystkich minusów, którymi obdzielam ten komiks, nadal sięgam po kolejne tomy. 

      Po publikacji mojej recenzji pierwszego tomu Alias: Jessica Jones, spytałam Was co sądzicie o tych komiksach. Wszyscy, jak jeden mąż, odpowiadali, że opowieść o Jessice Jones to jeden z lepszych komiksów Marvela (a nawet jeden z lepszych komiksów w ogóle). Pomyślałam, że, być może, nie dostrzegam czegoś, co widzą inni czytelnicy, więc postanowiłam sięgnąć po kolejny tom opowieści o byłej superbohaterce. Tym razem, jednak, odczekałam kilka dni z pisaniem recenzji - chciałam bardziej przemyśleć ten tom.



      W Alias: Jessica Jones tom 2 widzimy, jak tytułowa bohaterka rozwiązuje sprawę zaginięcia dziewczyny z małego miasteczka, towarzyszymy jej podczas pełnienia roli ochroniarza Matta Murdocka oraz widzimy, jak zostaje zatrudniona do odkrycia tożsamości Spidermana. Największe znaczenie ma w tym tomie pierwsza opowieść. Brain Michael Bendis, scenarzysta, przenosi nas do społeczności, która nie akceptuje mutantów. Idealnie wpisuje się to w rozterki detektyw Jones, która postanowiła skończyć z karierą superbohaterki. Przyznam, że na tematykę odrzucania mutantów patrzyłam bardzo osobiście, ze względu na to, że jestem osobą biseksualną. 
      W przypadku poprzedniego tomu pisałam o tym, że dialogi w komiksie były nudne, jakby nieprzemyślane. Nie prowadziły donikąd, skupiały się tylko na pojedynczych słowach, które rzucali do siebie bohaterzy. Tym razem, Bendis zaserwował czytelnikom coś znacznie lepszego. W końcu dostrzegłam inteligencję i spryt Jessici - kobieta mówi mało, ale kiedy już się odezwie, to dyskusje, które przeprowadza wyglądają jak mistrzowski mecz w tenisa stołowego: raz za razem czytamy celne odpowiedzi, docinki, trafne uwagi. Na szczególną pochwałę zasługują rozmowy Jessici z Ant-manem, z którym kobieta umawia się na randkę. Mają w sobie lekkość, szczyptę żartobliwości i naprawdę zachęcają do tego, aby lepiej poznać główną bohaterkę. Ujęła mnie także dyskusja z proboszczem kościoła w miasteczku, w którym Jones wykonuje swoje pierwsze zlecenie. Kiedy główna bohaterka zarzuca mężczyźnie, że propaguje nienawiść, ten odpowiada z uśmiechem, że jest tego świadomy, ale przecież to się najbardziej sprzedaje. Można by pomyśleć, że ów dialog jest całkowicie nierealny - przecież jesteśmy przyzwyczajeni do szaleńczych kłótni, pomiędzy zwolennikami tzw. lewicy i prawicy - jednak takie przedstawienie tematu zgrabnie pokazuje jak idiotyczny są rasizm, ksenofobizm i nietolerancja.


      Spotkałam się z wieloma opiniami, że rysunki Michaela Gaydosa są, po prostu, brzydkie. Mi jednak podobają się. Pokazują kontrast, pomiędzy Jessicą, a światem superbohaterskim. Szczególnie widać to w scenie, w której Jones ma sen, przedstawiający jej lot nad Nowym Jorkiem. Bohaterka ma uderzające po oczach, różowe włosy. Reszta rysunków w Alias: Jessica Jones utrzymana jest w ciemnych, zimnych barwach. 
      Przyznam, że nadal denerwują mnie sekwencje rysunków, w których Jessica nie porusza się nawet o milimetr i nic nie mówi. Trudno mi także znieść dialogi, które składają się z powtarzania tej samej frazy, albo wymieniania przez postacie słów "aha". Rozumiem jednak, że jest to zabieg celowy, który ma pokazać zgorzkniałość bohaterki. Mimo tego, że przez takie momenty, nie szaleję za tymi komiksami, to z pełną odpowiedzialnością mogę polecić je każdemu - są bardzo dobrym początkiem rozmyślań, na temat tożsamości superbohaterów, ich znaczenia i tego, kim są, gdy zdejmują swoje stroje.

0 komentarze:

Prześlij komentarz