Jak zostałam Pawłem Opydo - recenzja Poszukiwani, poszukiwany

by 20:09 0 komentarze

Są takie książki, których nie powinno się czytać. To jest jedna z nich.

      Myślę, że powinnam napisać do Pawła Opydo z propozycją lektury, którą mógłby umieścić w swoim programie Złe książki. Naprawdę, czytałam już wiele kiepsko napisanych publikacji, nie raz zdarzyło mi się zapoznać z czymś głupim, ba - nawet przeczytałam 50 Shades od Grey, bo jestem z tych ludzi, którzy uważają, że muszą coś poznać, żeby tego nie lubić. Jednak oto w moje ręce trafiła książka Małgorzaty Falkowskiej, Poszukiwani, poszukiwany. Nie mam pojęcia czy to jest jakiś zmyślny żart autorki, czy ta pozycja została wydana z totalną powagą, ale mam pewne obawy, że druga opcja jest tą właściwą.
      Wyobraźcie sobie, że chcecie mieć dzieci. Nie w przyszłości, tylko właśnie dojrzeliście do tej decyzji - razem z ukochaną osobą pragniecie starać się o potomka. Niestety, okazuje się, że jesteśce bezpłodni. Co robicie? Oczywiście, szukacie pierwszego lepszego faceta lub pierwszej lepszej kobiety, z którymi Wasz partner będzie mógł kopulować, aby spełnić Wasze marzenia i zostać zapłodnionym, bądź kogoś zapłodnić. Nie? Naprawdę? A właśnie to robią bohaterki książki Poszukiwani, poszukiwany!
     Monika i Jolka są razem i bardzo się kochają - tak przynajmniej głosi opis tej powieści. Przed zagłębieniem się w ich historie, dowiedziałam się z informacji na okładce, że Poszukiwani, poszukiwany jest już trzecią książką, która powstała w ramach swoistego uniwersum, które stworzyła Falkowska. Wszystkie książki autorki opowiadają o sześciu przyjaciółkach, których jedynym celem w życiu wydaje się być posiadanie męża, a potem potomstwa. Monika i Jolka mężów mieć nie będą, ale i tak pragną mieć dzieci. Obie. Jednocześnie. Za sprawą dziwnego toku myślenia dochodzą do wniosku, że na pewno nie uda im się skorzystanie z projektu in vitro, a bank spermy odrzucają od razu, komentując, że nie wiedziałyby jak sobie te plemniki włożyć.

-Tylko jest jeszcze jeden problem... - Wiedziałam, że muszę im to powiedzieć, bo Monia nie da rady. - My chcemy mieć dwoje dzieci... każda swoje. - Żebyśmy obie mogły iść na urlop macierzyński, mogły urodzić... - wyliczała Monika.

     Z pomocą przychodzą przyjaciółki. Chociaż takich bliskich osób nikomu nie życzę. Widać, że Falkowska mocno siedzi w kulturze seriali, bo nawiązania do Friends czy Pretty Little Liars widać gołym okiem. Tyle tylko, że postacie z tych programów są stworzone porządnie, przemyślanie i mają sobie coś więcej, niż jedną cechę. Jak się już domyślanie, postacie w tej książce nie mają w sobie żadnej głębi. Mam wrażenie, że autorka po prostu raz usiadła w fotelu, zapisała sześć przypadkowych imion, a potem do każdego dobrała jedną cechę charakteru i już - powieść gotowa! I tak, mamy obsesyjną pedantkę, ale mamy także niezbyt ogarniętą życiowo dziewczynę, która nie potrafi powiedzieć jednego zdania bez popełnienia przynajmniej trzech błędów. Wszystkie bohaterki przedstawiają tak skrajne wizerunki, że nie ma szans, aby czytelnik się z nimi utożsamił. Jeszcze żeby Falkowska zatroszczyła się o jakieś rozbudowanie postaci, ale i tutaj autorka zawodzi - przyjaciółki nie mają w sobie nic, poza tymi głównymi cechami. Zero jakichkolwiek innych cech. Zero.
     To samo tyczy się naszej zakochanej pary, czyli Moniki I Julki. One po prostu są lesbijkami - i nic więcej. Chociaż i kwestia ich orientacji mocno kuleje. Na okładce widnieje zdjęcie Małgorzaty Falkowskiej, wraz z jej biogramem, w którym można wyczytać, że jest żoną. Dziwi mnie więc to, że nie potrafi pisać o tym, jak wygląda związek. Bohaterki prawie w ogóle się nie dotykają - co najwyżej, dają sobie buziaka, albo raz czy dwa złapią się za ręce. W ich rozmowach nie ma żadnego uczucia. Wydaje się, że w ogóle nie wiedzą jak do siebie mówić, że w ogóle się nie znają i że nie chcą ze sobą przebywać. Dialogi między Moniką a Julką ograniczają się do wymienienia trzech zdań i już - akcja leci dalej. 
      Poza tym, dziewczyny wydają się być kompletnie niezorientowane w otaczającym je świecie. Mają po 27-28 lat, a nie mają pojęcia o klubach w Warszawie, nie wiedzą jak wziąć kredyt, jak znaleźć mieszkanie i nie mają pojęcia co to Pokemony i jak wymawia się "Charmander" (naprawdę, scena o tym również pojawia się w książce). Poza tym, często mówią o ludziach w wieku studenckim, jakby były już sześćdziesięcioletnimi babciami: wspominają o tym, że nie potrafią zrozumieć dzisiejszej młodzieży.

- Błagam cię, Moniś, jest tyle klubów w Wawie, że jak nie w jednym, to w innym. - Zośka przeczesała dumnie włosy palcami. - Swoją drogą nie powinno to być trudne, faceci to typowe samce alfa, które mają być zdobywcami. A wy jesteście wprost idealne, aby wpaść w ich sieć.
     To jednak nie koniec. Pomimo tego nierozgarnięcia, bez skrupułów komentują środowisko. Wzdryga je na samą myśl, o "tej dzisiejszej młodzieży", która oddaje się dewiacją seksualnym na wycieczkach szkolnych. Uważają, że dzisiejsi nastolatkowie nic, tylko uprawiają przygodny seks. Chyba to sprawiło, że mają takie, a nie inne zdanie o mężczyznach - bohaterki uważają bowiem, że każdy facet leci na duże cycki i łatwo jest go otumanić. Poza tym, twierdzą, że facet to tylko samiec alfa, którego mogą wykorzystać do oddania spermy w ich waginy, po czym nic się nie stanie, jeśli takiego osobnika porzucą. Wśród tych kwiatków, znajdziemy również gromkie okrzyki ku chwale miłości lesbijskiej oraz feminizmu - szkoda tylko, że Falkowska totalnie nie rozumie co zacz. Widać jednak, że autorka ma pewien uraz do obecnego Rządu, gdyż co rusz jedna z bohaterek jej książki rzuca jakiś komentarz w stronę partii rządzącej (a wiadomo o kogo chodzi, gdyż zaznaczone jest, że akcja powieści dzieje się w Polsce w 2016 roku).
      I tak, Monika i Julka szukają mężczyzn, którzy w tym samym czasie zapłodnią je, po czym się ulotnią. Początkowo przyjaciółki proponują wykorzystanie swoich partnerów, ale ci odpadają w przedbiegach - i, nie bądźcie tak optymistyczni, nie dlatego, że są po prostu związani z przyjaciółkami głównych bohaterek, ale z takich powodów, jak to, że jeden z nich właśnie został ojcem bliźniaków i co się stanie, jeśli on taki płodny i zapłodni podwójnie i Monikę, i Julkę?
      Poszukiwania przenoszą się więc do klubu, jednak i tam się nie udają. Następnie każda z bohaterek szuka odpowiednich kandydatów w pracy. Czasem trafia się jakiś przypadkowy facet. Wszyscy jednak zostają odrzuceni.
      Dziewczyny ani razu nie wpadają na pomysł, aby przedyskutować owe poszukiwania. Nawet nie uważają, że coś jest nie tak. Kobiety, które nigdy nie były w związku z żadnym mężczyzną, które nigdy nie uprawiały seksu z osobnikiem płci przeciwnej, które - co ważniejsze - kochają się i właśnie kupiły razem mieszkanie, wspólnymi siłami szukają sobie partnerów seksualnych, których po zapłodnieniu mają zamiar porzucić, niczym resztki z obiadu. Bardzo przyjemna lektura z tego Poszukiwani, poszukiwany, prawda?
      Sięgnęłam po tę książkę, ponieważ myślałam, że otrzymam ciekawą opowieść o jednopłciowym związku dwóch kobiet. Niestety, otrzymałam seksistowską opowieść, z okropnym przedstawieniem osób ze społeczności LGBT i - co tu dużo ukrywać - po prostu, głupią. Nie bierzcie tego do ręki nawet w celach humorystycznych.


Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy Wydawnictwu VIDEOGRAF.


0 komentarze:

Prześlij komentarz