Czy popkultura powinna pokazywać toksyczne związki w sposób romantyczny?

by 20:36 0 komentarze

Nadchodzi kolejna kinowa adaptacja książek o Christianie Greyu, więc to idealny moment, aby zadać sobie bardzo ważne pytanie: czy autorzy powinni romantyzować toksyczne związki?

       Dwa tygodnie temu poruszyłam ten temat na naszym fanpage'u. Zdania były mocno podzielone, chociaż większość czytelników twierdziła, że nie powinno się zakazywać twórcom pisania o tym, o czym chcą, nawet jeśli tym czymś jest związek, w którym obecna jest przemoc (czy to psychiczna czy fizyczna). Wielu ludziom wydaje się, że dyskusja na ten temat nie ma sensu. Przecież to tylko filmy, seriale, książki i komiksy, prawda? Każdy normalny człowiek wie, że to tylko fikcja, więc nie powinniśmy martwić się tym, jak opowiadana historia wpłynie na odbiorców. Niestety, rzeczywistość nie jest taka prosta.
      Słowo pisane owszem, wpływa na ludzi, jednak znacznej większości udaje się oddzielić w tym przypadku to, co jest prawdą od zmyślonej opowieści. Sytuacja wygląda inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę seriale bądź filmy. Już w latach 90. XX wieku Clifford Nass i Byron Reeves udowodnili, że widzowie często traktują bohaterów z ekranu jak gdyby byli prawdziwymi osobami. Od tamtej pory wpływ ruchomych obrazków jest nieustannie badany przez różnych naukowców. Wiadomo, że najbardziej na niego podatne są dzieci, które fikcyjne wydarzenia biorą za fakty oraz wzorce zachowania. Trochę inaczej jest z osobami dorosłymi, ponieważ kiedy zaczynamy dojrzewać, tym samym nabywamy umiejętność głębszej analizy tego, co doświadczamy. Jednak wciąż zarówno filmy i seriale, jak i książki, komiksy lub inna dziedzina popkultury, są w stanie zmienić nasz tok myślenia, przedstawić wzorce zachowania, które możemy później powielać, albo po prostu wzbudzić w nas ogromne emocje.


       Właśnie dlatego nie powinniśmy bagatelizować wpływu fikcyjnych opowieści na odbiorców. Niestety, są takie dzieła (nie tylko kultury popularnej), które są szkodliwe społecznie. Jednym z ostatnim smaczków jest sławny film Patryka Vegi, Botoks. Ukazuje fałszywy wizerunek pracowników służby zdrowia, nie ma w sobie żadnej wartości (czy to artystycznej, czy rozrywkowej, czy edukacyjnej), a jednak nadal ogromna część widzów uznaje, że jest to film oparty na prawdziwych wydarzeniach. Oczywiście, takowa adnotacja również robi swoje, ale gdyby jej zabrakło, to nadal wielu odbiorców myślałoby, że ma do czynienia z przedstawieniem czegoś, co naprawdę się wydarzyło, albo mogło się wydarzyć.
       W przypadku serii 50 Shades of Grey nie pojawiła się żadna informacja o tym, że wydarzenia opisane w książkach są oparte na prawdziwych wydarzeniach. Co więcej, chyba każdy wie, że opowieść o Anie Steel i Christianu Grey jest fan fiction innej serii książek: Twilight. Całkiem niedawno tysiące kobiet oszalały na punkcie młodego biznesmena, który postanowił wprowadzić świeżo upieczoną absolwentkę uniwersytetu, w swój świat wielu odcieni szarości. Historia jakich wiele i nawet obecność BDSM nie robi z tych książek nic szokującego. Nie ma nic złego w tym, jeśli osoby postanawiają uskuteczniać taki rodzaj zbliżeń seksualnych. O ile wszystkie zainteresowane strony zgadzają się na taki stan rzeczy, a relacja oparta jest na bezgranicznym zaufaniu i wzajemnym szacunku. Niestety, w Greyu nie ma nic z tych rzeczy. Christian traktuje Anę źle. Wymusza na niej nawet takie czynności, jak jedzenie tego, co dla niej wybrał. Jest agresywny, zamknięty w sobie, nie akceptuje odmowy swojej partnerki, przestawia jej życie w zależności od tego, jaki ma kaprys, nie szanuje ani jej, ani nikogo innego. Mimo to, książki nadal cieszą się ogromnym zainteresowaniem, w lutym 2018 roku do kin wejdzie adaptacja trzeciej już części i - chociaż nietrudno znaleźć głosy sprzeciwu - rzesze ludzi uważają związek Christiana i Any za wymarzony. Dlaczego?


       Są ku temu dwa powody. Pierwszym z nich jest sposób, w jaki E.L. James opisała tę relację. Drugim jest sytuacja w rzeczywistym społeczeństwie.
      Ustalmy jedną rzecz: autorzy mogą pisać o takich związkach, na jakie mają ochotę, a twórcy filmowi i serialowi nie muszą rezygnować z przedstawiania toksycznych relacji. Zakazywanie im tego jest cenzurą. Jest jednak jeden, bardzo ważny, warunek. Relacje, w których obecna jest przemoc fizyczna lub psychiczna, bądź które z jakiegoś powodu nie można nazwać zdrowymi związkami, powinny być tworzone z jeszcze większą uwagą, niż relacje pozytywne. Obojętnie czy autorzy książek, komiksów, filmów i seriali chcą doprowadzić złą relację do szczęśliwego zakończenia, czy nie, powinni umieścić w swoim dziele wyraźne sygnały, że jakakolwiek przemoc jest czymś złym. Mogą to zrobić na wiele sposobów i wcale nie muszą doprowadzić do happy endu.
      Świetnym przykładem dobrego tworzenia toksycznych relacji jest książka Gone Girl, która doczekała się także ekranizacji. Główna bohaterka ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, a o jej morderstwo zostaje oskarżony mąż. Nie chcę spoilerować tym, którzy jeszcze nie mieli okazji czytać bądź oglądać tej wciągającej historii, ale mogę zapewnić Was, że to małżeństwo nie było zdrowym związkiem. Przez całą opowieść otrzymujemy wyraźne sygnały, że ta relacja jest nieodpowiednia i mimo tego, że główna bohaterka jest niezwykle fascynująca, to nie sądzę by ktoś marzył o takim małżeństwie.
      Jednak są takie przypadki, w których autorzy wyraźnie mówią o tym, że przedstawiona przez nich relacja jest toksyczna i nieodpowiednia, a odbiorcy i tak ją romantyzują. Od kiedy Harley Quinn pojawiła się w serialu animowanym Batman: The Animated Series, a potem w komiksach, jej związek z Jokerem przedstawiany jest jako nieodpowiedni. Bohaterka nie raz uświadamiała sobie, że jej Pączuś nie tylko nią manipuluje, ale również znęca się psychicznie i fizycznie. Gdyby tego było mało, Harley towarzyszyła wierna przyjaciółka, Poison Ivy, która otwarcie mówiła o tym, że Joker znęca się nad swoją partnerką. Mimo to, po dziś dzień wielu fanów uważa związek Harley i Jokera za piękny i romantyczny. Sympatia dla tej pary wzrosła, od kiedy na ekranach kin pojawił się film Suicide Squad. Od tej pory do tego psychopatycznego mordercy i jego partnerki wzdychali nie tylko komiksiarze.


       Mimo wszystko, nawet kiedy mówienie przez autorów wprost, że przedstawiona przez nich relacja jest nieodpowiednia, zawodzi, to wciąż istnieje rada na to, aby uświadomić odbiorców, że nie należy wzorować się na takich związkach. Wszystko bowiem opiera się o odpowiednią edukację. Jest to trudne zadanie, ponieważ - po pierwsze - popkultura pełna jest romantyzowania przemocy (nie tylko w przypadku przedstawiania seryjnych morderców, ale w takich, wydawałoby się, błahych filmowych momentach, jak zmuszenie Lei przez Hana do pocałunku), ale - po drugie - w rzeczywistych relacjach wciąż prym wiedzie stygmatyzacja ofiar przemocy, nierówność płci i ciche przyzwolenie dla znęcania się i molestowania. Ów problem szeroko wykracza poza ramy popkultury, ale również w granicach kulturalnych można coś zdziałać.
      Bardzo ważne są wypowiedzi aktorów, pisarzy, twórców filmowych i wszystkich innych działaczy kultury. Istotne jest, aby znane osoby zabierały głos w sprawach społecznych, szczególnie jeśli brały udział w tworzeniu dzieła, przedstawiającego toksyczną relację. Margot Robbie, odtwórczyni Harley Quinn w Suicide Sqad, niczym mantrę powtarza, że związek jej bohaterki i Jokera nie powinien być romantyzowany.
      Chociaż w tym tekście jedynie liznęłam problem romantyzowania przemocy w związkach, to mam nadzieję, że popchnie Was do rozmyślań o tym, jak to powinno być z tymi dziełami. Czy naprawdę jesteśmy w stanie zaradzić na wszystko odpowiednimi edukacją i przedstawianiem toksycznych związków? Czy może jednak naprawdę warto wprowadzić reguły, zakazujące autorom tworzenia takich relacji? Moim zdaniem, cenzura nie ma sensu. Ważniejsze jest rozpoczęcie pracy od podstaw. W końcu, czy winić powinniśmy broń, czy osobę, która z niej zabiła?

0 komentarze:

Prześlij komentarz