Superbohaterowie w starym stylu - recenzja My Hero Academia - Akademia Bohaterów tom 1

by 21:19 0 komentarze


Kto nie chciałby być superbohaterem? Izuku Midoriya na pewno, ale niestety nie ma żadnych mocy. Ale czy to na pewno przeszkoda?


        Tworzenie mangi dla młodych chłopców nie jest na pewno prostym zadaniem. Autor musi zarówno wymyślić nowy, intrygujący świat, który przykuje uwagę potencjalnego czytelnika, jak i prowadzić akcję w ramach pewnego określonego schematu opowieści. Czy w tej mandze ta sztuka się udała?
        Akcja pierwszego tomu dość dłuższej serii My Hero Academia wprowadza nas w świat, w którym ludzie obdarzeni różnymi mocami, nazywanymi „Darami”, nie są w mniejszości, właściwie świat przedstawiony to społeczeństwo nadludzi. Poznajemy także naszego protagonistę, Izuku Midoriya, który ogromnie fascynuje się bohaterami. Gdy tylko jest świadkiem walki „tych dobrych” ze złoczyńcami, uważnie obserwuje ich potyczkę z bezpiecznej odległości. Wnioski po nich notuje w swoim magicznym kajeciku zatytułowanym „Bohaterskie notatki na przyszłość”, gdzie zapisuje dla różnych bohaterów wszystkie zalety i wady, które posiadają ich Dary. Jego prześladowcą, jest utalentowany Katsuki Bakugo, który w przeciwieństwie do naszego protagonisty, ma pewną moc, i ma zarówno ambicje, jak i predyspozycje, aby stać się w przyszłości jednym z potężniejszych Bohaterów. Mimo to obydwaj startują do liceum, przeznaczonego dla ludzi z różnymi mocami, aby szkolili się na obrońców niewinnych ludzi, a nie tych, którzy ich napadają.


       Jako że omawiana przeze mnie pozycja jest shonenem, trzyma się pewnych schematów opowieści dla tego przedziału wiekowego. Główny bohater jest fajtłapą, o wielkich marzeniach oraz, co najważniejsze, dobrym serduszku. Nie wiem, czy to z powodu zafascynowania superbohaterami i desperacji, aby stać się takim jak oni, Midoriya w pierwszej kolejności chce pomóc drugiej osobie. Ma też charyzmatycznego nauczyciela All-Mighta, który w roli Bohatera wygląda jak gdyby składał się głównie z testosteronu, natomiast w wyniku odniesionych dotychczas ran, nie jest w stanie długo utrzymywać takiej formy i gdy nie ratuje niewinnych, wygląda jak szkieletor, a dokładnie jak szkieletor-wojownik. Nasz protagonista nie ma żadnych supermocy, All-Might wyczuwa w nim coś wyjątkowego, i pomaga mu jak może, by jego marzenia się urzeczywistniły. Swoją drogą, taki rozwój od fanboya do bohatera przypomina mi Ms. Marvel z Marvel Now!.

        Rysunki są mocną stroną tego komiksu. Zarówno dynamiczne walki z „tymi złymi”, jak i momenty wręcz egzaltowanego wzruszenia naszego protagonisty, są oddane w świetny sposób. Proste kreski, rysowane na postaci, lub wokół niej, dodają od groma mocy, a także dynamizmu. Dużo smaczku całej historii, dodaje tu i ówdzie puszczane do nas oczko, a to kod kreskowy z napisem „Direct Sales”, a to wspomnienie o stroju All-Mighta ze Srebrnej Ery, a to nazwanie plaży tak samo, jak planety, na której pomieszkiwał mistrz Yoda. Świetnym dodatkiem były krótkie biosy, opisujące postacie występujące w mandze, które też zawierały kulisy ich powstawania, co ma dla mnie dużą wartość, bo interesuje mnie proces twórczy. Grafiki, które znajdują się pod obwolutą, również cieszą oko.
         Pierwszy tom tej serii wywołał na mnie dobre wrażenie. Nic nie wydaje się tu być dodane na siłę, każdy element pasuje do siebie, a te kilka żartów, które można napotkać podczas czytania tego tomiku, rozluźniają atmosferę, i nie da się tu wyczuć sztywnego do granic możliwości, superbohaterstwa. Polecam wam zapoznać się z tą mangą, jeśli lubicie shoneny, lub ogólnie lubicie komiks superbohaterski. Nie zawiedziecie się!
  
Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Waneko.

 Wydawnictwo Waneko

0 komentarze:

Prześlij komentarz