Jak stworzyć dobry pierwszy tom, a potem wydać byle co – recenzja „Wbrew naturze”, tom 3: Odrodzenie

Dobry komiks, z obiecującą fabułą, opatrzony ciekawie stylistyczna warstwą graficzną – tym było „Wbrew naturze” w pierwszym tomie. Kolejna część okazała się być jedną wielką pomyłką. Ale hej, każdy popełnia błędy, a przede mną pozostawała lektura trzeciego, ostatniego tomu komiksu. I cóż… przygotujcie się na srogi rant, bo finał „Wbrew naturze” jest tragiczny.

Gdzie to wszystko zmierza? 

Leslie jest tam, gdzie pozostawiliśmy ją w poprzednim tomie, czyli próbuje powstrzymać wilczego boga przed zawładnięciem jej ciałem, a tym samym rozszarpaniem (bądź zmiażdżeniem) wszystkich dookoła. Większość trzeciego tomu „Wbrew naturze” opiera się na wspomnieniach, głównie matki Leslie. Ów wątek miał potencjał, by jako jedyny uratować ten komiks. Opowieść o kobiecie, nad którą znęcał się mąż i która po dwóch zawodach miłosnych w końcu odnajduje (pozorne) szczęście w ramionach członka sekty, co koniec końców doprowadza ją do szaleństwa – to mogło się udać. Niestety, zamiast zająć się pogłębieniem tej postaci, sprawa z matką Leslie została przez autorkę komiksu zlekceważona i załatwiona dosyć szybko. Co dziwi i smuci, tym bardziej, że jedna z bohaterek, kreowana na jedną z tych „dobrych” okazuje się być przyczyną większości problemów matki Leslie (na samym końcu główna bohaterka wspomina, że zniknięcie kochanka jej matki nie było przypadkowe). 
Jednak jakiego pogłębienia charakteru mogłabym się spodziewać po opowieści, której dialogi są tak okropne. To już nie tylko rozmowy pomiędzy Lesli a Khalem, które brzmiały jak rozmowy fochniętych nastolatków, ale wszystkie kwestie (a szczególnie te, które mają pokazać, że któryś z bohaterów jest „tym złym”). Bohaterowie ze sobą nie rozmawiają, tylko rzucają pustymi kwestiami w osobę, znajdującą się obok. Czasem Mirka Andolfo próbuje przekazać czytelnikowi jakieś filozoficzne, moralne przesłanie, ale wychodzi to śmiesznie. 

Ładnie opakowana, ale jednak kupa 

Sceny akcji są krótkie i polegają głównie na niepotrzebnym biadoleniu, zakończonym jednym skutecznym uderzeniem Khala. Ponad to, są boleśnie przewidywalne – w ogóle, cała fabuła tego tomu nie zaskakuje nawet przez chwilę. 

Trzeciemu tomowi „Wbrew naturze” nie pomagają nawet rysunki. To wciąż ładne cieniowanie i zachwycający dobór kolorystyki. To wciąż mocno przeseksualizowane postacie i brutalnie i mocno pokazane skutki ataków oraz rany. Tylko co z tego, gdy kuleją sceny akcji? Tylko co z tego, skoro Andolfo ewidentnie bardziej przykłada się do narysowania planszy z wypiętą Leslie, niż do skonstruowania komiksu, jako całości? 
A cała ta porażka została zakończona najbardziej sztampowo, jak tylko można było to zrobić. Oczywiście, Leslie i Khal zostają parą. Tak po prostu, bez żadnej budowy tej relacji. W poprzednim tomie darli koty, w tym głównie walczą, poświęcają się, próbują pokonać przeciwnika. I ewidentnie na tym budują związek, bo ostatnie strony pokazują ich jako parę, co Leslie jeszcze komentuje „że wszyscy spodziewali się, iż będą razem”. No tak, bo to było pójście po linii najmniejszego oporu.

Prześlij komentarz

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.