Walka o najbliższych czy walka o samego siebie? - recenzja „Ratownik”


Góry to piękne a zarazem niebezpieczne miejsce, gdzie łatwo się zaszyć od reszty ludzkości. Ale czy stworzenie stadne takie jak człowiek, może uciekać w nieskończoność?

Jirō Taniguchi w swoim dorobku ma naprawdę różnorodne mangi, charakteryzujące się tym, że każde niesie konkretne, filozoficzne przemyślenia nad sprawami dość uniwersalnymi. Czy to powrót do dzieciństwa w Odległej Dzielnicy czy zachwyt nad naturą w Wędrowcu z Tundry. Lecz gdybym miał w jakiś sposób określić, czym jest „Ratownik” Taniguchiego, mógłbym rzec (w dużym uproszczeniu), że to taki komiksowy pierwowzór filmu „Uprowadzona” (2008) z Liamem Neesonem. Bo czy Ikigami możemy nazwać adaptacją „Roku 1984„? Na pewno zawiera podobne motywy, ale nie do końca nas to do podobnego stwierdzenia uprawnia. To czym w takim razie jest „Ratownik”?

Główny bohater, Shiga, jest prawdziwym twardzielem, człowiekiem gór. Drobny spacerek z sześćdziesięcioma kilogramami na plecach do swojej chatki to dla niego bułka z masłem. Podczas gdy jego podopieczny po podobnej wycieczce wypluwa już płuca, on jest gotów wyruszyć w nią po raz kolejny. I taki oto jegomość dowiaduje się, że córka zmarłego, bliskiego przyjaciela, Megumi, zaginęła. Jej ojciec tuż przed śmiercią, ostatkiem sił w swoim dzienniku poprosił swojego przyjaciela, by zaopiekował się jego rodziną.

Jak prawdziwy Japończyk, Shiga chce spełnić wolę zmarłego, co sprawia, że musi udać się do Tokio, aby porozmawiać z matką zaginionej, Yoriko. Była pewna, że Megumi nie wróciła ze szkoły, co więcej, pod jej łóżkiem znalazła bardzo drogą, markową torebkę, na co zwróciła uwagę. Następnie nasz główny bohater wyruszył porozmawiać z koleżankami z klasy dziewczyny i dowiedział się, że nie jest ona tak dobrze ułożoną młodą damą, jak sądzili jej rodzice. Zaintrygowany, grzebie dalej w tej tajemnicy, aż dokonuje coraz bardziej przerażających odkryć, które prowadzą go do zdeprawowanego szefa wielkiej korporacji, którego prawo się nie ima.

Jeśli chodzi o metody stosowane przez głównego bohatera, porównanie do wcześniej wymienionego, irlandzkiego aktora jest bardzo trafne. Przykładowo: w pewnym zatłoczonym klubie siedzi dziewczyna, która ma informacje o zaginionej. Shiga wchodzi do przybytku najpierw powolnym, niepewnym krokiem, lecz gdy odnajduje swój cel, wyciągnął ją siłą, nie przejmując się zbytnio wrogo nastawionym otoczeniem. Na skierowane do niego ostrzeżenie, by uważał na to, co wyczynia, protagonista jedynie spojrzał się na mówiącego groźnym wzrokiem, co wystarczyło, by zastraszyć przeciwnika z parkietu. Oczywiście, w mandze znalazło się więcej tego typu złodupności, brawury i szaleńczych planów, ale to sami sprawdźcie

„Ratownik” to nie tani akcyjniak. Główny bohater chce się przede wszystkim rozliczyć z przeszłością, z błędami sprzed kilku lat, którymi stale się zadręcza. Może jego przeszłość nie jest zbyt zawiła, ale za to bardzo prawdpodobna, więc wczucie się w jego sytuację nie stanowiło dla mnie problemu. Z mojej perspektywy wydało mi się ciekawie przedstawiona w mandze codzienność Japończyków. Matka porwanej, mimo bardzo dramatycznej sytuacji, przede wszystkim nie chce Shidze sprawiać kłopotu. On sam zresztą, przebywając w Tokio u swojego przyjaciela, również czuje początkowo ogromny dyskomfort, że przysporzy staremu druhowi zmartwień. Gdybym był w podobnej sytuacji, nie wstydziłbym się poprosić o pomoc, i taka różnica kulturowa ubogaciła mi tą historię.

Jak gdzieś przeczytałem, Taniguchi tworzył francuskie komiksy, tylko że w Japonii. I coś w tym jest. Rysunki „Ratownika” zdecydowanie przywołują na myśl mistrzów komiksu europejskiego. Piękne ilustracje, czasem bardzo szczegółowe, czasem bardzo sterylne i zimne jak serce antagonisty. Właśnie przez taki styl bardzo łatwo porównywało mi się go z obejrzanymi dotychczas filmami akcji, bo przypominały mi rzeczywistość. I bardzo cieszyły oko, aż chciało się do nich wracać i wracać.

Zdecydowanie polecam wszystkim przeczytać tę mangę. W hollywoodzko wyglądającej historii,Taniguchi zawarł całkiem sporo człowieczeństwa, przez co na pewno nie raz jeszcze do niej wrócę. I zapewne z takimi samymi emocjami, co przy pierwszym podejściu.

Prześlij komentarz

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.