Muzyka, która napełnia szczęściem? - recenzja Muzyka Marie, tomy 1-2

by 20:52 0 komentarze
Usamaru Furuya, muzyka marie, recenzja mangi, hanami

Historia o jednostronnej miłości dziewczyny do chłopaka w świecie w którym maszyny poruszają się za pomocą zębatek i pary, ale czy aby na pewno tylko to?
   
        Usamaru Furuya nie wydaje się być typowym mangaką. W początkach swojej artystycznej kariery zajmował się rzeźbą abstrakcyjną, malarstwem olejnym czy tańcem Butō. Jego wczesna twórczość była publikowana w magazynach Comic Cue, Manga Erotics i Garo. Ten drugi magazyn został przez niego wybrany prawdopodobnie dlatego, iż nie wymagał, aby w każdym rozdziale pojawiała się scena seksu, i zostawiał całkiem sporo wolności artystycznej pod warunkiem regularnego dostarczania kolejnych części historii.
     A sama Muzyka Marie była publikowana w latach 1999-2001, w magazynie Monthly Comic Birz (jap. Gekkan Komikku Bāzu), który specjalizuje się w komiksach przeznaczonych dla starszego odbiorcy.

Z woli Pana zrodził się Las

Usamaru Furuya, muzyka marie, recenzja mangi, hanami

       Motyw społeczeństwa, w którym nie ma konfliktów, a ludzie są do siebie nastawieni pozytywnie, występowało w różnych tekstach kultury, np. w powieści Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Większość akcji recenzowanego przeze mnie komiksu dzieje się na Ziemi Pirito, która jest jedną z wielu wysp świata przedstawionego, w mieście Giru. Nazywane jest także miastem Atelier, co po francusku oznacza zespół pomieszczeń, który stanowi miejsce pracy artysty. Co ciekawe, ten termin niesie ze sobą konotacje z domem dla alchemika lub maga. O ile na innych wyspach wytwarzane są takie dobra jak pożywienie, ubrania, na tej wyspie produkowane są maszyny zbudowane z kółek zębatych i napędzane parą. 

A matką jego była Marie

Usamaru Furuya, muzyka marie, recenzja mangi, hanami

       W takiej oto scenerii poznajemy głównych bohaterów: Kai i Pipi. On na własną rękę poszukuje złóż, natomiast ona mieszka razem ze swoim ojcem we wcześniej wspomnianym mieście. Poznali się gdy główny bohater miał osiem lat. Przybył do Giru z powodu katastrofy kopalni, w której zginął jego ojciec. Pipi od razu pomogła chłopcu, i sielanka trwała w najlepsze do momentu, w którym ten w trakcie zabawy został pochłonięty przez morze. Po kilkunastu dniach odnalazł się, lecz ten "stary Kai" już nie powrócił. Pojawił się zamyślony, wyczulony na najdrobniejsze dźwięki, a zarazem odcięty od reszty świata człowiek. Podczas gdy ona robi wszystko, co w jej mocy, by on ponownie zwrócił na nią uwagę, on zdaje się koncentrować wyłącznie na wypatrywaniu Lasu lub Marie.
        A kim jest tytułowa Marie? Na początku historii widzimy ją w postaci ogromnej maszyny lecącej po niebie. W pierwszym tomie dowiadujemy się, że w zamierzchłych czasach Bóg ukarał ludzi za morderstwa, których się dopuszczali na swoich pobratymcach, a rasa ludzka została odmieniona. W tym celu Bóg stworzył Marie. Jak możemy przeczytać w jednym z licznych cytatów z Pisma Pirito:
Bóg dał Marie muzykę. I muzyka ta zaczęła napełniać ludzkie serca szczęściem.
      Muzyka, którą emituje Marie, ogromnie uszczęśliwia ludzi, a ci nie pragną już więcej, niż potrzebują. Nie zazdroszczą niczego sąsiadowi za płotem i nie żywią urazy do nikogo i za nic, więc żyją w pokoju zarówno ze sobą, jak i mieszkańcami innych wysp. Ale jednocześnie nie są w stanie przekroczyć pewnej granicy, jeśli chodzi o rozwój  technologii. Nasuwa się więc pytanie: czy to na pewno to, o czym wszyscy marzyli?

A ojcem jego był duch

        Moje wrażenia z czytania tej mangi rozbiłbym na trzy etapy: pierwszy tom, drugi tom bez ostatniego rozdziału, ostatni rozdział. Pierwsza połowa historii jest spokojna, z początku odrobinę dziwna, a potem czytelnik zostaje wręcz wciągnięty w cały dość skomplikowany świat. Ta część kończy się cliffhangerem, który dobrze motywuje, by sięgnąć od razu po tom drugi, co zresztą i tak zostało mi wcześniej polecone.  Drugi tom poszerzył moją wiedzę o uniwersum, pokazując jak wyglądają inni mieszkańcy wysp, co wytwarzają, jakie mają stosunki społeczne czy wreszcie jak czczą Marie. Ale w tym samym momencie Kai poznaje pewną tajemnicę i zostaje postawiony przed wyborem, który będzie rzutował na cały świat. W momencie gdy poznaje konsekwencje swojej niedoszłej decyzji (których nie zarysuję Wam nawet ogólnie, gdyż  to trzeba zobaczyć na własne oczy!), decyduje się wybrać zupełnie inaczej, niż na pierwszy rzut oka mogłoby mi się wydawać. Dość powiedzieć, że czytając drugi tom, wracałem pociągiem do domu po egzaminie, i lektura wstrząsnęła mną na tyle, że doczytałem do początku ostatniego rozdziału i zaraz odłożyłem komiks na krótką chwilę. I dobrze, bo to, co przeczytałem, otworzyło mi nagle oczy na całą historię.

Usamaru Furuya, muzyka marie, recenzja mangi, hanami
 
        Nie uważam się za najbystrzejszego człowieka na świecie i zagadki w wielu dziełach literackich mnie przerastają, ale ten komiks jak nigdy pokazał mi prosty fakt: wszyscy odbieramy rzeczywistość w sposób wykrzywiony. Im bardziej powracałem do początku całej historii, tym bardziej widziałem, jak wiele oznak zdecydowałem się – najpewniej nieumyślnie – zignorować, by móc czytać dalej w spokoju. Mogłem od razu spostrzec pewne detale, ale były one dla mnie ukryte, lub ukryłem je przed samym sobą, wciągnięty w wizję absolutnie spokojnego świata. W rezultacie przez większość mangi myślałem o tym, czy poświęcenie wolności dla bezpieczeństwa nie upośledza w pewien sposób ludzkości. Jak mocno człowiek może pokochać i oddać się drugiej osobie? Czy ten świat jest naprawdę wolny? Jeśli nie jest, to czy jest to dobre miejsce do życia? Ile jesteśmy w stanie dać, by żyć bez zmartwień o jutrzejszy dzień? Ale najważniejszym według mnie pytaniem było, czy potrafię patrzeć na świat z innych perspektyw niż tylko moja własna, która wymusiła, by to co czytam, było dokładnie tym samym zarówno podczas czytania, jak i po przeczytaniu całości. 

I Bóg stworzył Trzech mędrców, by strzegli lasu

        Jak już wcześniej wspomniałem, autor tej mangi, Usamaru Furuya, jest co najmniej ciekawym mangaką. Co mam przez to na myśli? Otóż ten pan zdecydowanie nie spał na wykładach z historii sztuki. W wydanej na zachodzie mandze Palepoli miesza multum obrazów włoskich przedstawicieli renesansu, malarzy impresjonistycznych czy nawet dzieł Giuseppe Arcimboldo (to ten malarz, który tworzył portrety przy użyciu elementów martwej natury) z typowymi rysunkami z gag mangi lub innymi, ale już bardziej zbliżonymi stylem do dobrze nam znanych mang.
        I choć w Muzyce Marie nie uświadczymy tego zbyt wiele, wprawne oko dostrzeże kilka takich akcentów. To, co przede wszystkim zachwyca od strony graficznej, to szczegółowość rysunków. Przez całą historię przewinie się wiele skomplikowanych urządzeń, złożonych z wielu trybików. Tak wielu, że trudno wyjść z podziwu, jaką ich liczbę można odnaleźć na jednej stronie. Ciekawym detalem są też zmieniające się co jakiś czas stroje bohaterów, które wyglądają zawsze co najmniej interesująco, i bije od nich wyjątkową innością, nie przypominają bowiem niczego, co możemy zobaczyć na świecie.

Usamaru Furuya, muzyka marie, recenzja mangi, hanami

        Autor świetnie również oddaje skalę przedmiotów. Gdy na niebie pojawia się Marie, wydaje się zakrywać je całkowicie. Sposób, w jaki we wnętrzu pracującej maszyny narysowane zostały trybiki, oddaje wrażenie ogromnego, ogłuszającego hałasu. Każda zmiana otoczenia również jest zaznaczona kadrem lub dwoma nowej scenerii pokazanej z lotu ptaka. Nawet prosty spacer pomiędzy straganami ukazuje nie tylko parę bohaterów, ale dużo szczegółów otoczenia, zaprezentowanych z różnych stron, przez co wczucie się w świat przedstawiony przyszło mi bardzo łatwo.
        Nie polecam się też spieszyć z lekturą. Na początku przyzwyczajony do innego rodzaju mang, czytałem ten komiks jak podrzędnego, młodzieżowego akcyjniaka. Po przeczytaniu tekstu i rzuceniu pobieżnie okiem na rysunek mój wzrok leciał dalej, ignorując tak misternie narysowany świat. Dopiero zwalniając tempo odrobinę, naprawdę byłem w stanie wczuć się w opowieść. 

Koniec?

        Nie wiem jak Wy, ale ja czasem po przeczytaniu dobrej książki/komiksu, czuję w środku pustkę. Opowieść, która jeszcze przed chwilą trzymała mnie kurczowo przy sobie, nie pozwalając mi zwracać uwagi na nic poza nią, właśnie się skończyła. Ale mimo to napięcie nie zeszło, bo dopiero w tym momencie jestem w stanie w pełni analizować to, czego właśnie byłem świadkiem. I choć ja mogę się tu dwoić i troić, jedyne co powinniście zrobić, to sprawdzić, czy mam rację. A może dojdziecie do jeszcze innych wniosków niż ja? Jakkolwiek wybierzecie, zapewniam was, że Muzyka Marie to pozycja warta przeczytania - zarówno dla wielbicieli mang, ich przeciwników, jak i ludzi nie czytających komiksów wcale.

0 komentarze:

Prześlij komentarz