(Prawie) Wszystko czego dziś chciałam, czyli recenzja Rojst

by 20:24 0 komentarze
rojst, showmax, recenzja serialu, dawid ogrodnik, andrzej seweryn

Ludzie dzielą się na dwie grupy. Jedni na określenie "polska produkcja" od razu rezerwują bilety do kina - drudzy syczą, niczym spłoszony Edward Cullen. I wtedy wchodzi Rojst, cały na zielono.


Na naszym Facebooku zdążyliśmy już pożalić się, że nie mamy pieniędzy na kolejny streaming po tym, jak zainwestowaliśmy w Netflixa oraz HBO GO. Wiedziałam, że koniecznie muszę obejrzeć Rojst, ale posiadanie Showmaxa zdawało się być odległą rzeczą. Na szczęście otrzymaliśmy darmowy dostęp. Nie było żadnych wątpliwości, że właśnie ów polski serial obejrzę jako pierwszy z oferty tej platformy streamingowej.

Tekst zawiera drobne spoilery do serialu Rojst. Bo inaczej się nie da.

W małym miasteczku, głęboko w lesie, dochodzi do zabójstwa sportowego działacza komunistycznego oraz prostytutki. Sprawa szybko zostaje "rozwiązana", ale Piotr Zarzycki – młody redaktor, który ledwie co rozpoczął pracę w lokalnej gazecie, zaczyna bawić się w detektywa. Jego kolega z pracy, doświadczony dziennikarz, pragnący uciec z tej dziury, Witold Wanycz odradza chłopakowi angażowanie się w rozwiązywanie morderstwa. Jednak szybko sam angażuje się w inną sprawę – tym razem chodzi o samobójstwo dwojga nastolatków.

rojst, showmax, recenzja serialu, dawid ogrodnik, andrzej seweryn

Początkowo jest idealnie. Przynajmniej dla nas, widzów. Małomiasteczkowy klimat wręcz dociera do naszych nozdrzy. Nawet ci, którzy nie zasmakowali życia w PRLu poczują się przy Rojst tak, jakby właśnie znaleźli się w tamtych czasach. W końcu wszystkie dobre kryminały oraz opowieści z dreszczykiem dzieją się w małych miejscowościach, prawda?

Who's bad?

Serial Showmaxa znakomicie buduje napięcie. Nie jest to może jakieś nowatorskie wykorzystanie narzędzi filmowych, po prostu zwyczajne zagrania typowe dla seriali kryminalnych. Podejrzany może być każdy, bo wszyscy tu mają sekrety. No, może poza prostytutkami, bo akurat one wydają się być najbardziej szczere w całej opowieści. Ich środowisko jest ciekawe, widać, że życie w tym małym miasteczku w dużej mierze kręci się właśnie wokół najstarszego zawodu świata. A przynajmniej początkowo możemy odnieść takie wrażenie. Bo gdzie prostytutki, tam szemrane interesy, skorumpowani wpływowi ludzie i kłopoty, prawda?

rojst, showmax, recenzja serialu, dawid ogrodnik, andrzej seweryn

Cóż, w Rojście jest trochę inaczej. Chociażby przez to, że to PRL, że tu większość jest skorumpowana. Oprócz, oczywiście, naszych czystych sercem bohaterów (do tego zaraz dojdziemy, poczekajcie). Jednak przede wszystkim dlatego, że ten serial to kryminał. Tutaj proste rozwiązanie nigdy nie może być tym prawdziwym. Bo tym właściwym jest rozwiązanie jeszcze prostsze.

I właśnie o to mam żal. Przez cztery odcinki Rojst tka sieć powiązań, łączy wątki bohaterów, próbuje nas zagonić w ślepą uliczkę. Jednak w finale twórcy porzucili wszystko, co tak skrzętnie stworzyli przez ostatnie cztery godziny i wcisnęli nam jakieś napisane na szybko zakończenie. To tak, jakbyśmy umówili się z kimś, przeżyli wspaniałą randkę, drugą, dziesiątą i jest wspaniale. Już mamy w głowie plany na przyszłość, już witamy się z gąską, już czujemy, że to coś poważnego. I nagle ta osoba mówi, że to nie to, że musimy się rozstać. Z jednej strony szanujemy jej decyzję i cieszymy się, że była z nami szczera - a z drugiej jest nam cholernie przykro, bo przecież już wymyślaliśmy projekt zaproszeń ślubnych.

rojst, showmax, recenzja serialu, dawid ogrodnik, andrzej seweryn

Bo zakończenie może i nie jest banalne (w końcu, najciemniej pod latarnią), ale zostało podane nam w sposób tak nudny i rozmemłany, jakby naprawdę twórcom skończyło się powietrze, na którym jechali cały serial.

Nie Mruczek, nie Burek

Do tego od początku sporym elementem Rojst jest ów mistyczny las. A to jakiś bohater rzuci informacją o tajemniczej zbrodni z przeszłości, która miała miejsce pośród tych drzew. A to ktoś inny wspomni o wyrytych na drzewach inicjałach. A to magiczna mgła uniesie się nad ziemią w lesie, bo przecież tam jest coś złego. Tyle tylko, że nie. Po prostu - nie. Może i kiedyś wydarzyła się tam tragedia, może i teraz również tamtejsza ściółka poczuła smak krwi. Ale dla serialu nie ma to żadnego znaczenia.

rojst, showmax, recenzja serialu, dawid ogrodnik, andrzej seweryn

Tak naprawdę motywem, który ma w Rojście znaczenie jest wątek samobójstwa dwojga nastolatków. Okazuje się, że dziewczyna, która targnęła się na swoje życie była córką dawnego przyjaciela Wanycza. Mężczyzna bierze sprawę rozwiązania tajemniczej śmierci za coś osobistego i zamiast wyjechać z Polski (jak planował) poznaje opowieść Justyny oraz jej związku z Karolem, który również popełnił samobójstwo.

Szczerze przyznam, że gdyby Rojst opowiadał wyłącznie o tym wątku, to wciąż jarałabym się tym serialem, jak głupia. Historia Justyny i Karola, ich uczuć, a przede wszystkim tego, co przeżywała dziewczyna była napisana i wykonana z klasą, dużą dozą prawdopodobieństwa. Trochę szkoda, że jej zakończenie było zaledwie mocnym ucięciem wątku, ale można to twórcom Rojst wybaczyć, bo w końcu przez cztery odcinki dowiedzieliśmy się wszystkiego. Poznaliśmy także tajemnicę szkolnej potańcówki, podczas której serial przedstawia jedną z bardziej drastycznych scen, jakie było mi dane zobaczyć. Podobny motyw wystąpił w drugim sezonie 13 Reasons Why, ale tutaj wyszło to o wiele lepiej - bardziej emocjonująco, niż odpychająco.

rojst, showmax, recenzja serialu, dawid ogrodnik, andrzej seweryn

Nie oznacza to, że reszta serialu jest zła. Otóż nie. Jest po prostu nieco słabsza. Poza tym, postać Piotrka Zarzyckiego tak mocno mnie denerwowała, że trudno mi czuć do niego sympatię. Nie chodzi tylko o jego pożal się Boże śledztwo, ale o hipokryzję, pierdołowatość i jakąś chorą misję udowodnienia sobie, że jest lepszy od ojca.

Mimo wszystko nie uznaję wątku Piotra za minus serialu. Wręcz przeciwnie. To, że tak bardzo mnie denerwował sprawiało, że jeszcze bardziej się wkurzałam. Lubię gdy serial wywołuje we mnie również negatywne emocje. A wszystko było spotęgowane genialną kreacją aktorską Dawida Ogrodnika.

Z techniki ma pan piątkę

Aktorstwo to w ogóle kolejny plus Rojst. Jeszcze większą zaletą serialu jest kolorystyka, utrzymana w szarościach i odcieniach zielonego. Prawdziwe pochwały należą się za kadrowanie, za całą pracę kamery. W swoich tekstach wspominam o elementach technicznych seriali oraz filmów w sposób oszczędny, bo w większości piszę analizy treści, ale w przypadku Rojst nie mogę pozostawić warstwy technicznej bez chociaż kilku słów.

Ogromna laurka należy się za dobór muzyki. Nie tylko tej instrumentalnej, która towarzyszy nam przez cały czas, ale przede wszystkim utworów wokalno-muzycznych, które pojawiały się w serialu. Kiedy rozpoczyna się pierwszy odcinek, w głośnikach rozbrzmiała mi piosenka Zauchy. A ja i Piotrek Zauchę mocno kochamy, więc od razu poczułam ciepełko na sercu. Jest jeszcze taka scena w drugim odcinku, w której Wanycz rozmawia z matką Justyny o samobójstwie nastolatki. Kobieta w tym czasie naprawia radio, a kiedy kończy mówić o stracie, urządzenie zaczyna działać i z głośników wydobywa się piosenka Rybińskiego Nie liczę godzin i lat. Montaż tej sceny był tak dobry, że aż musiałam na chwilę zatrzymać serial, by w spokoju się nim pozachwycać.


I tak, jestem zła, że tak dobra produkcja została tak kiepsko zakończona. I chociaż wiecie jak niefortunne zakończenie może zepsuć dla mnie cały serial, to jakoś nie potrafię skreślić produkcji Showmaxa. Bo Rojst to świetny serial. Z nie do końca wykorzystanym potencjałem, ale dobry. Oby następnym razem się udało idealnie. Liczę na to.

0 komentarze:

Prześlij komentarz