Poradnik psucia seriali – recenzja „Wybory Paytona Hobarta” / „The Politician”

wybory paytona hobarta, the politician, netflix, recenzja serialu
Mogę od razu się Wam przyznać, że widząc zwiastun „The Politican” nie dałam się ponieść fali zachwytu. Wszystko, z czego miał składać się serial, było jakby idealnie uszyte pod figurę mojego gustu: miało być kolorowo, przesadzenie, kontrowersyjnie i miało to wszystko przyjść od Ryana Murphy’ego. Jednak – nie omieszkając kręcić nosem – zabrałam się za oglądanie pierwszego odcinka. A potem już poszło… 

Główny bohater, Payton Hobart, ma ułożone życie na kilka lat w przód. Chłopak stworzył dla siebie plan, który ma go doprowadzić do objęcia stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pierwszym krokiem wiodącym ku odniesieniu sukcesu ma być wygranie wyborów na przewodniczącego licealnego samorządu. Payton, z pomocą swego sztabu wyborczego i Pierwszej Damy, staje do podstępnej walki o stanowisko, lawirując pomiędzy słupkami poparcia i uważając, by nie zrobić ani jednej rzeczy źle, by w przyszłości owo potknięcie do niego nie powróciło. 

wybory paytona hobarta, the politician, netflix, recenzja serialu
Tak, serial prezentuje wybory na licealnego przewodniczącego właśnie w taki mocno na serio i mocno przerysowany sposób. To byłby świetny pomysł, użyć hiperboli, by przekazać daną wiadomość albo pobawić się kiczem (co zresztą Murphy’emu często wychodzi, chociażby w moim ukochanym pierwszym sezonie „Scream Queens”). I wiecie co? Pomimo początkowych wątpliwości, po obejrzeniu pilota „The Politician” zaczęłam mówić o tym serialu w odwrotny sposób niż dotychczas. 

Bo widzicie, pierwszy odcinek tej produkcji daje poczucie, że dostaliśmy coś świeżego. Oglądamy świat bogatych dzieciaków, które postanowiły zabawić się w politykę. Scenografia jest pięknie przesadzona, kolory tryskają zewsząd niczym tęcza na Marszu Równości, a dzieciaki ubrane są w połączenie najnowszych trendów ze strojami noszonymi przez młodą Jacqueline Kennedy. Do tego tematyka zaburzeń psychicznych od początku towarzyszy głównym bohaterom, chociażby przez tragiczne doświadczenie, jakie w udziale przypada Paytonowi w ciągu pierwszych kilkunastu minut pilota serialu. 

Owa tragiczna scena nie poruszyła mnie jednak tak, jak by mogła. Co prawda została rozegrana i zmontowana bardzo dobitnie, ale pozbyto się jakichkolwiek przesłanek czyniących z niej szokera przyciągającego uwagę. Zaczęłam w tym wszystkim upatrywać próby złamania konwencji, próby zabawy serialami młodzieżowymi, zmiażdżenia tabu działań politycznych lub relacji międzyludzkich. Nie tylko za sprawą wspomnianej wyżej sceny, ale dzięki obejrzeniu odcinka w ogóle, ponieważ pilot „The Politician” obiecywał, że serial będzie dotykał wrażliwych społecznie tematów po to, by je albo obśmiać, albo przedstawić jako bez znaczenia. By koniec końców doprowadzić widzów do wniosku, że coś, czemu powinniśmy poświęcać czas, jest używane w rozgrywkach o poklask. 

wybory paytona hobarta, the politician, netflix, recenzja serialu
I jeśli chodzi o kwestię braku znaczenia, to można uznać, że „The Politician” ją spełnia – chociaż nie sądzę, by o taki efekt chodziło twórcom. Niestety, ale fabularnie serial jest pusty. W ogóle nie obchodzi mnie, co dzieje się z bohaterami, ich dramaty ani trochę nie wybrzmiały w mojej głowie. Nawet forma serialu nie była w stanie zachęcić mnie do dłuższego oglądania – do połowy sezonu produkcję oglądało mi się przyjemnie, ale potem straciłam nią zainteresowanie. 

Nie pomogły wspaniała kreacja Jessiki Lange, nie pomogła świetna rola Gwyneth Paltrow jako matki głównego bohatera. Trudno emocjonować się nimi w nieskończoność, jeśli w pewnym momencie serial sam porzuca te postacie (niby obie bohaterki otrzymują zakończenie, ale mam wrażenie, że ich historie zostały na szybko zepchnięte na dalszy plan – to samo stało się z Infinity). 

W ogóle, jeśli chodzi o aktorstwo, to Lucy Boyton zagrała w tym serialu nie Astrid, czyli kontrkandydatkę Paytona, ale Emmę Roberts. Naprawdę mam wrażenie, że Murphy powiedział Boyton, że ma po prostu grać Emmę, a Benowi Plattowi obsadzonemu w głównej roli podrzucał nagrania Darrena Crissa. A może to aktorzy próbowali cokolwiek wyciągnąć ze swoich ról, że wyszło tak dziwacznie? Bo serio, same postacie niekoniecznie dają pole do popisu i możliwość wyjścia poza schemat „bogaty nastolatek chce w końcu poczuć, że żyje i nagle okazuje się, że życie biednych jest TAKIE ŁATWE” w przypadku Astrid oraz pojemnika na nieudane pomysły Murphy’ego w przypadku Paytona. 

wybory paytona hobarta, the politician, netflix, recenzja serialu
Główny bohater to w ogóle problematyczna postać. Payton jest interesujący. Jego historia, droga do wyzwolenia emocji, traktowanie ludzi przez pryzmat tego, co mogą mu ofiarować, zafiksowanie na celu, relacja z matką, bycie adoptowanym – to wszystko czyni z niego bohatera, za którym chcielibyśmy podążać, by zobaczyć, co się stanie. Niestety gdzieś w połowie chłopak stracił w moich oczach, pozostając ofiarą nieudanego prowadzenia scenariusza. 

Wszystko dlatego, że droga wiodąca Paytona ku zmianie zostaje nam wyłożona WIELKIMI LITERAMI. W przedostatnim odcinku bohater nawet dwukrotnie bierze udział w rozmowie, która polega na tym, że rozmówcy mówią mu wprost „nauczyłeś się tego i tego, brawo”. Serio, widzowie nie są głupi, potrafią sami odkryć przekaz serialu, nie potrzebują chodzących ekspozycji. 

Nie potrzebują również na siłę dodanego finału, który przekręca poprzednie odcinki do góry nogami. Jednak zanim zacznę narzekać na temat ostatniego epizodu, uprzedzam, że poniżej znajdziecie spoilery dotyczące treści finału „The Politician”, więc jeśli nie chcecie zepsuć sobie niespodzianki, to przewińcie trochę do momentu, w którym widnieje napis „koniec spoilerów”. 

TEN FRAGMENT ZAWIERA SPOILERY DOTYCZĄCE FINAŁOWEGO ODCINKA 

Ostatni odcinek pierwszego sezonu „The Politician” powstał wyłącznie po to, by sztucznie przeciągnąć fabułę pod kolejną serię. Nie widzę innego powodu, by praktycznie cofnąć wszystko to, czego nauczył się Payton i wprowadzić nowych bohaterów. 

W finale przenosimy się trzy lata do przodu, by zobaczyć jak Payton, zdruzgotany przez – w końcu odczuwalne – emocje, upija się codziennie, nie wiedząc, co ze sobą począć. Jednak pewien splot wydarzeń sprawia, że jego licealna przyjaciółka McAfee postanawia namówić dawnego niedoszłego polityka do startowania w wyborach na senatora. 

wybory paytona hobarta, the politician, netflix, recenzja serialu
Bo wiecie, przyjaciele Paytona bez prowadzenia jego kampanii nie mieli celu w życiu. Tak samo Astrid, która tak bardzo pragnęła biednego życia, po jednym telefonie rzuca wszystko, by dołączyć do sztabu wyborczego dawnego kontrkandydata, który jakby zapomniał o całym katharsis, które przeszedł i mknie po stanowisko. A gdyby tego było mało, to Payton zostaje zaproszony na ślub dawnej dziewczyny i nagle uznaje, że ją kocha i po trzech latach milczenia, tydzień przed jej ślubem, pojedzie do niej i namówi ją, by rzuciła wszystko i z nim uciekła. 

Nie, nie, nie. Błagam, nie wciskajcie ludziom, że to jest romantyczne. Nie jest. Ta dziewczyna ułożyła sobie życie, miała wziąć ślub i nie potrzebuje jęczenia byłego chłopaka. I – początkowo – odmawia Paytonowi, co przyjęłam z ulgą. Jednak gdy zostaje zwerbowana do sztabu wyborczego, ucieka sprzed ołtarza, by zostać ponownie Pierwszą Damą Paytona. Ugh. 

KONIEC SPOILERÓW 

Najgorsze w „The Politician” jest jednak to, że ten serial ogląda się bardzo przyjemnie. Piszę „najgorsze”, bo tak w połowie sezonu nagle dotarło do mnie, że ta produkcja nie jest wcale taka fajna, że zaczyna mnie nudzić. Mimo tego oglądałam dalej, czekając na nie wiadomo co, ale moje nadzieje zostały rozwiane fatalnym finałem. Wątpię, bym sięgnęła po kolejny sezon.

Prześlij komentarz

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.