Kto ogląda Kaiju dla gry aktorskiej? - recenzja Kong: Wyspa Czaszki

by 20:25 0 komentarze


Kong: Wyspa Czaszki, to kolejny reboot filmu z 1933 roku, opowiadającego o olbrzymim gorylu, mieszkającym na tytułowej wyspie.

Konga można podzielić na dwie części: warstwę wizualną i efekty specjalne oraz fabułę, grę aktorską i dialogi. Pierwsza część jest wspaniała: widoki zapierają dech w piersiach, potwory przyprawiają o dreszcze, a sceny akcji potrafią zaskoczyć. Jeśli chodzi o drugą część...

Moim zdaniem druga część jest dość oklepanym wypełniaczem. Ale powiedzmy sobie szczerze: kto ogląda Kaiju dla gry aktorskiej? Najważniejsze są ogromne bestie polujące na ludzi i walczące między sobą! Nic się więcej nie liczy! Dawno nie czułem się tak odmłodzony, jak na tym seansie.

Masz rację - w przypadku tego filmu musimy wziąć pod uwagę to, co najważniejsze. Jednak ten film oglądałoby się o wiele lepiej, gdyby twórcy scenariusza włożyli chociaż trochę więcej pracy w dialogi. Niestety, rozmowy w Kongu są wręcz żałosne. Kwestie są wypowiadane przez aktorów, jakby wcale nie miały trafić do towarzyszy na planie. Po prostu są wypowiadane - i tyle. Wszystkie sceny, w których nie pojawiają się potwory, są wręcz komiczne. Jednak tutaj upatruję świadomego wykorzystania kiczu. Na przykład Tom Hiddleston, wcielający się w Jamesa Conrada, jest typowym amantem-bohaterem, którego naczelnym zadaniem jest prężenie muskułów i utrzymywanie idealnej fryzury, bez względu na przeciwności losu. Wspaniałym przykładem dla poparcia moich słów, jest scena, w której James łapie katanę i maskę przeciwgazową, zakłada tę drugą w biegu, zręcznie unika ataku, wykonuje celny cios, po czym ściąga maskę, pręży muskuły, a włosy ma niczym po wyjściu od fryzjera.


Cześć, dziewczyno. Pokazać ci moją małpę?

Tak, ta scena z kataną wyglądała tak absurdalnie, jak się tylko dało. Jednak film faktycznie zaczął zdobywać urok w trakcie oglądania. Przestały się liczyć sensowne dialogi, bo najważniejsza była kolejna szalona scena wypełniona akcją i interakcjami aktorów z wszystkim, co popadnie. Bardzo podobała mi się pierwsze spotkanie Konga z śmigłowcami armii Amerykańskiej.  Cała scena była przepełniona napięciem, a tu nagle leci taka kreskówkowa palemka wyrwana z korzeniami, by zadać śmiertelny cios.

Mam wrażenie, że ktoś kiedyś spotkał się z kumplami i powiedział: "Słuchajcie, jest teraz taka technologia - zróbmy jakiś wysokobudżetowy film z super efektami". A że trzeba było jakąś tam historię dorobić, to wzięli znany format, troszkę go pozmieniali (ale nie za wiele, żeby nie dodać sobie pracy), zatrudnili ładnych aktorów, żeby chociaż wyglądali, skoro nie będą mieli za wiele do roboty i już - film gotowy! Tylko czy to coś złego? Cóż, w przypadku tego filmu: nie! O dziwo, Wyspa Czaszki to świetna zabawa. Znakomity relaks, totalna rozrywka i idealny seans na deszczowy wieczór z ukochanym geekiem.


Proszę państwa, zawodnik z Wyspy Czaszki jest w znakomitej formie!
Jak on serwuje, jak on odbija!

Bardzo podobał mi się fakt, że King Kong nie jest w tym filmie zwykłą dziką bestią. Jest bestią z misją ochrony (prawdopodobnie świata) przed wychodzącymi z ziemi jaszczurami. I to jest fajny motyw, bo daje nam powód, by czuć sympatię do tego, odrobinkę przerośniętego, naczelnego wojownika. To jedna z tych rzeczy, która spowodowała, że czas przy tej produkcji leciał szybko i przyjemnie.

Owszem, przyznam szczerze, że Kong to najlepiej napisana i wykreowana postać w tym filmie. Ma swoją ciekawą historię, jest diabelnie inteligentny, pokazuje charakterek, a poza tym, został ukształtowany na typowego superbohatera: zamordowano mu rodziców, więc sam ochrania ludzkość przed "tymi złymi". Wszystko to sprawia, że Wyspę Czaszki ogląda się jak dobre kino akcji. Przyznam, że w moim serduszku tej olbrzym zaskarbił sobie więcej miejsca, niż wszyscy Avengersi razem wzięci.


Za udostępnienie egzemplarza dvd do recenzji dziękujemy dystrybutorowi Galapagos.

 Galapagos

0 komentarze:

Prześlij komentarz