Nie ma kisielu, ale i tak smaczne - recenzja Oblivion Song, tom 1: Pieśń Otchłani

by 20:25 0 komentarze
robert kirkman, oblivion song tom 1, recenzja komiksu, non stop comics

Nowa seria wydawnictwa Non Stop Comics to komiks ciekawy, intrygujący i na pewno wart pozostania z nim na dłużej.

      Minęło już dziesięć lat od dnia, w którym część Filadelfii nagle została przeniesiona do innego wymiaru, a w jej miejsce pojawiły się pustkowia, na których grasują nieznane stworzenia, wyglądające niczym z relacji ataku zmutowanych stworów w jednym z filmów o Godzilli. Wszyscy mieszkańcy miasta, którzy akurat znajdowali się na przeniesionym terenie, teraz przebywają w miejscu, zwanym Otchłanią, gdzie walczą o życie i próbują dostosować się do zaistniałej sytuacji. Życie jednak toczy się dalej, bo i co zrobić? Kiedyś prowadzono poszukiwania zaginionych w drugim wymiarze, ale po dziesięcioleciu przyszedł czas na postawienie przeniesionym pomników, pod którymi można składać kwiaty w każdą rocznicę. Mimo tego, główny bohater Oblivion Song, Nathan Cole wciąż wraca do Otchłani, by przeszukiwać tamtejsze tereny i przenosić do naszego wymiaru wszystkich, których tam znajdzie. Zadanie to stało się jego obsesją, na początku owianą pochwalnym heroizmem, potem tłumaczoną chęcią odnalezienia zaginionego brata, a pod koniec tomu... o nie, nie, sami będziecie musieli to odkryć. Chociaż zapewniam, rozwiązanie owej tajemnicy wcale nie będzie od Was wymagało umiejętności Sherlocka Holmesa.

robert kirkman, oblivion song tom 1, recenzja komiksu, non stop comics

    I właśnie z tym mam problem w przypadku Oblivion Song. Zamysł historii jest bardzo interesujący. W przypadku post-apo bardzo łatwo wpaść w schematy, które kuszą gwarantowanym sukcesem, niczym Szatan kusił Jezusa na pustyni. Jednak Robert Kirkman, pisząc scenariusz, na pewno zdawał sobie sprawę, że czytelnicy będą wyczuleni na mechanizmy, którymi się posłuży: czy dostaniemy opowieść podobną do jego The Walking Dead, czy może coś świeżego?
      Kirkman zgotował nam trochę tego, i trochę tamtego. Najlepszym elementem Oblivion Song jest zdecydowanie podział światów i przedstawienie ludzi, którzy musieli nauczyć się żyć zarówno w Otchłani, jak i w pozostałości po Filadelfii. Opowieści o postapokaliptycznym świecie zazwyczaj snują historie tych, którzy przetrwali. Obserwujemy, jak bohaterowie radzą sobie z nowym światem, jak dostosowują się do niego i jaki to wszystko ma wpływ na ich psychikę, na relację z innymi. W przypadku Oblivion Song otrzymujemy nie tylko taką opowieść, ale również dwie inne płaszczyzny: tę z ludźmi, którzy stoją jakby obok katastrofy i żyją swoim życiem oraz tych, którzy zostali odratowani z Otchłani, a teraz muszą radzić sobie z bagażem, jaki przeniesienie w nich zostawiło.

robert kirkman, oblivion song tom 1, recenzja komiksu, non stop comics

      To jest fajne, daje nadzieję na ładne rozwinięcie opowieści i owiewa mnie świeżością. Jednak z drugiej strony, pierwszy tom nie sprawia, że mam kisiel w gaciach. Jest interesujący, jest przyjemny w odbiorze, ale nic więcej. Wszelkie tajemnice, które Kirkman buduje w tym tomie nie porażają, nie zaskakują, a ja chciałabym otrzymać mocny mindfuck
      Graficznie jest zjawiskowo. Lorenzo De Felici stworzył piękne stworzenia, które mnie bardziej oczarowały, niż przeraziły. Europejska kreska wyszła świetnie, a dopełnia ją kolor nałożony przez Annalisę Leoni. Barwy zastosowane w naszym wymiarze i te w Otchłani, oddzielają od siebie światy, przy czym to drugie miejsce wyszło o wiele lepiej.

robert kirkman, oblivion song tom 1, recenzja komiksu, non stop comics

      Nie spisuję Oblivion Song na straty. Myślę, że dalej będzie jeszcze lepiej - to przecież dopiero pierwszy tom. Poza tym, Non Stop Comics jeszcze ani razu mnie nie zawiodło, więc warto zaufać wydawnictwu i sięgnąć po tę pozycję.

0 komentarze:

Prześlij komentarz