Niby jest fabułcia, ale jest też mięsko! - recenzja Dragons Rioting 4-9

by 20:50 0 komentarze

Kolejne tomy serii przynoszą jeszcze więcej postaci, wydarzeń i gagów. Ale czy to po prostu większa ilość tego samego, co poprzednio, czy Dragons Rioting pokazało coś lepszego?

     Ecchi jest dość specyficznym gatunkiem. Bohaterkami tych historii są młodsze lub starsze kobiety, posiadające biust, który niechybnie będzie przyczynkiem do wielu schorzeń kręgosłupa. Fabuła kręci się wokół majteczek, skaczących piersi, napalonych chłopaczków i niezręcznych sytuacji, w które się pakują. A przynajmniej można takie wnioski wysnuć na podstawie serii Dragons Rioting. Po przeczytaniu pierwszych trzech tomów zrobiłem sobie króciutką przerwę od tego tytułu. Niedokończonej serii nie da się odkładać w nieskończoność, postanowiłem więc przeczytać ją do końca, by móc wreszcie wam przekazać, co tak naprawdę o niej sądzę.

Fabułcia



    Jeśli nie pamiętacie, jak to się zaczęło, zapraszam tutaj, my natomiast skupimy się na tym, co  i jak działo się w kolejnych częściach. Szczerze mówiąc, fabuła nie idzie bardzo do przodu przez te 6 tomów. Pojawia się wrogi klan Czarnej Mgły, posiadający w swoich szeregach dość płasko umotywowane postacie, chce za wszelką cenę przejąć kontrolę nad Męskim Czyśćcem,. W wyniku pewnych zawirowań Rintaro postanawia również stać się jednym ze smoków. Pozwala nam to poznać dokładnie strukturę panującą w tej dziwnej szkole, jak i zobaczyć jakieś inne aktywności, niż tylko walkę i treningi, by stać się jeszcze lepszym wojownikiem™.



    Finałowa walka, z wcześniej wymienionym klanem, nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Ostatnia, dziewiąta część tej echiopeji była zdecydowanie grubsza od poprzednich, ale za to mniej interesująca i bardziej rozlazła, przez co potrzebowałem kilka podejść, by ją skończyć. Nie miałem takiego problemu z jej poprzednikami. Autor obowiązkową dawkę adrenaliny podczas walk oraz testosteronu podczas ekspozycji, umiejętnie balansował żartami, nierzadko nie najwyższych lotów, ale za to często w formie graficznej. Najwięcej oczywiście zabawy miałem przy oglądaniu sposobów, jakimi główny bohater próbował uniknąć jakiegokolwiek kontaktu, by tylko nie dostać zawału serca przy jakiejś bardziej urodziwej uczennicy.

Czy jak jest mięsko to potrzeba fabułci?



    Nie wiem jak wam, ale dla mnie dokładne śledzenie fabuły w tej serii psuło odbiór całości. Często bohaterowie mówią za dużo, zdarza się im powtarzać wcześniej powiedziane kwestie. Rysunki natomiast idealnie oddają przekaz autora. Nie raz i nie dwa potrafiłem najpierw zobaczyć co tak się właściwie dzieje na obydwu stronach, a następnie przechodziłem do przeczytania całości i dzięki bardziej wciągnąłem się w całą historię. Często, gdy walka już się skończyła, następował, jak to w bijatykach bywa, okres wyciszenia, gdzie pan Watanabe potrafił zasypywać całkiem dużą ilością tekstu. Trochę wybijało mnie to z rytmu, aczkolwiek nierzadko były to historie pewnych przedmiotów / szkół, przez co nie czułem, że czytam bezsensowną paplaninę.



    Jak na pozycję dla prawdziwych  mężczyzn, wszystkie omawiane tomy czytałem na raty. W jednym tomie potrafiło być tak dużo prawdziwej męskiej (i kobiecej!) siły, że potrzebowałem małej chwili odpoczynku, by móc czytać dalej. Tak jak nie ma ludzi idealnych, tak i nie ma idealnych książek, więc czasem trafiałem na  jakąś literówkę, Z tłumaczenia bardzo spodobało mi się natomiast małe mrugnięcie do czytelnika, w postaci nawiązania do piosenki "Czarny Chleb i Czarna Kawa" zespołu Strachy na Lachy. Rysunki, tak jak wcześniej, są bardzo ładne, choć po przeczytaniu całości, miałem wrażenie, że autor narysował postacie w kilku pozycjach, i tylko powielał pozy w kolejnych tomach. Walkom w pewnych momentach brakuje płynności, choć trzeba przyznać, że wyglądają bardzo efektownie. Kiczowate nazwy technik nadal robiły swoją robotę, nie pozwalając zapomnieć, z jakim tworem mamy do czynienia.

Na razie mi wystarczy 



    Jeśli szukacie oryginalnej historii oraz złożonych postaci, to trafiliście pod zły adres. To jest manga tylko dla prawdziwych mężczyzn, którzy docenią zarówno konwencję fabuły (albo fabułci), jak i wdzięki panienek, których jedynym płaskim elementem jest osobowość. Ja bawiłem się całkiem dobrze, lecz przyznam, że ta historia mogła być odrobinę krótsza. Jeśli lubisz ecchi oraz filmy sztuki walki, na pewno znajdziesz się w siódmym niebie!

Za udostępnienie egzemplarzy do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Waneko.

0 komentarze:

Prześlij komentarz