Ale naśmieciłeś tym „Ratched”, Murphy

Ryanie Murphy, czemu mi to robisz? Czemu albo dajesz do oglądania coś bardzo dobrego, albo rzucasz takim gównem, jak „Ratched”, co to nie tylko ma kiepską fabułę, ale i nieudolnie dotyka problemów społecznych?

Już któryś raz kończę produkcję od Murphy’ego z wrażeniem, że ten twórca lubuje się w dawaniu wygrać mężczyznom, w rolę których obsadził aktorów, którzy mu się podobają i że chciałby poruszać ważne kwestie, dylematy społeczne, zwracać uwagę na problemy mniejszości, osób chorych, niepełnosprawnych, problemów kobiet – ale totalnie ich nie rozumie i nawet nie chce mu się dowiedzieć czegoś więcej.

Zaczęłam oglądać ten serial i nie spodobał mi się. Muzyka była świetna (szczególnie w openingu), kostiumy i scenografia są wspaniałe, aktorsko doskonale, ale oglądałam to i zastanawiałam się o co w tej produkcji chodzi. Naprawdę, nie wiem jak można tak zawalić rozwój fabuły i bohaterów (chociaż myślę, że Murphy miał wylane na to, bo i tak połowę postaci pozabijał). Ogromne pokłony dla Paulson, że potrafiła wyciągnąć tyle z głównej bohaterki. Bo na papierze to pewnie wyglądało równie satysfakcjonująco i wciągająco, co historie wysyłane do Chwili dla Ciebie.

Mildred Ratched możecie kojarzyć, jeśli czytaliście lub oglądaliście „Lot nad kukułczym gniazdem”. Ale za bardzo w tym serialu nie znajdziecie powiązań z dziełem, z którego wzięta została główna bohaterka. Ratched w ogóle nie wie czego chce. Jasne, dowiadujemy się jaki jest jej motyw, ale jej działania rzadko kiedy mają sens. Początkowo myślałam, że Mildred po prostu tak lubi, że jak ktoś umiera, jak ona pali ciało, czy odwala rozpierduchę, to jest jej cieplej na sercu. I to by był dobry pomysł na postać.

Ale nie. Serial nagle zmienia ton. Zaczyna się ciekawie, bo obserwujemy zabieg lobotomii i jest to jedna z lepszych sekwencji w „Ratched” (to już powinno dać Wam do myślenia z jakim serialem macie do czynienia). Pojawia się też moja ulubiona dziedzina magii, lesbomancja i oczywiście przestałam mieć jakiekolwiek zahamowania i zaczęłam łaknąć oglądania uczuć między kobietami. Jest trochę brutalności, trochę intrygi, tajemnic – fabularnie mają swoje wzloty i upadki, ale warto żebyście sami przekonali się dlaczego, nie chcę tu nic spoilerować. 


„Ratched” ma wątków co nie miara. Próbowałam dziś opowiedzieć Piotrkowi o czym jest ten serial, ale nie dałam rady, bo mój partner zgubił się bardzo szybko, kiedy przedstawiałam mu kolejne postacie i kolejne wydarzenia. Nie dlatego, że dużo różnorodności w produkcji, ale dlatego, że serial Netflixa co rusz zawraca, dodaje nowe elementy, coś miesza, jakichś bohaterów łączy. Niektórzy bohaterowie, jak Lenore Osgood i jej syn są totalnie niewykorzystani. Dobrze się na nich patrzy, ładni są, grający ich Sharon Stone i Brandon Flynn pokazują klasę, ale tam nie ma żadnego smaku. Myślę, że zostali wsadzeni do tej opowieści tylko po to, by prezentować brutalność, obłudę i bogactwo, bo przecież Murphy uwielbia jak z ekranu leje się na nas złoto i krew (ja też uwielbiam, ale gdy jest to zrobione dobrze, a nie na pół gwizdka).

Przyjmijmy jednak, że po bardzo słabym początku coś w „Ratched” zaczęło kiełkować. Poczułam zadowolenie, myślałam, że wreszcie produkcja utrzyma moją uwagę na dłużej, niż dwadzieścia minut. Zwłaszcza, że spodobało mi się, iż scenę przejęła grupa kobiet, których motywy i charaktery zaczęły się układać, a grające je aktorki odstawiały pokaz będący miodem na moje serce.

O jednej już napisałam w akapicie powyżej i już wiecie, że niestety ta postać szybko zawiodła moje oczekiwania. Co do głównej bohaterki, to od początku nic nie miało sensu, ale trzymałam się jej kurczowo i z nadzieją, wierząc, że Sarah Paulson zasłużyła na dużo lepszą postać, więc na pewno już za chwilę dostanę bombą po oczach. Nie do końca to wyszło, Mildred Ratched pozostała bolącym serce zawodem. Jestem za to zadowolona z Gwendolyn Briggs, asystentki gubernatora i safickiej piękności (w tej roli Cynthia Nixon) oraz z Betsy Bucket, tej typowej początkowo nielubianej bohaterki, którą z czasem wszyscy pokochają (zagrała ją Judy Davis). Z tymi dwiema przetrwałabym każdy gówniany serial. Ciekawią, chce się im kibicować, ich radości cieszą, a smutki bolą bardziej, niż świadomość, że większość czasu poświęconego na „Ratched” to zmarnowane życie. 


Murphy ubódł mnie również wprowadzeniem do serialu bohaterki z zaburzeniem dysocjacyjnym tożsamości. Jedna z pacjentek szpitala, w którym pracuje Ratched, zgłasza się z problemem, który lekarz rozpoznaje właśnie jako wyżej wspomniane zaburzenie. Niestety, większość tożsamości jest agresywnych, a sam motyw tej pacjentki zostaje koniec końców sprowadzony właśnie do bycia złoczyńcą, więc zamiast dobrego rozpoznania, chęci przedstawienia poprawnie zaburzenia, dostajemy to, co zazwyczaj funduje nam popkultura, gdy występują w niej osoby z dysocjacyjnym zaburzeniem tożsamości: wizję agresywnego szaleńca. A przecież tak to w rzeczywistości nie wygląda.

„Ratched” jest więc zmarnowaną produkcją, pełną niedociągnięć, błędów, nudnych i irytujących treści. Można w niej znaleźć kilka perełek, ale czy warto dla nich taplać się w gównie? Cóż, musicie o tym zdecydować sami. Ja wolałabym poświęcić te prawie osiem godzin na coś innego.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.