Szmata nasączona złem – o absurdach i niepokojach w filmie „Diabeł wcielony”

robert pattinson, diabeł wcielony, netflix
„Diabeł wcielony” to zbitek niekomfortowych, przesiąkniętych złem sytuacji, zdarzeń, zbiegów okoliczności, ubranych w piękne, choć mocno przytłaczające kolorystycznie kadry i znakomitą grę aktorską. Trudno wysiedzieć na tym filmie za jednym razem i trudno przerwać oglądanie „Diabła” chociaż na chwilę. Siedzi więc człowiek w rozkroku, zastanawiając się, dokąd to wszystko zmierza i przewidując, że koniec nie będzie szczęśliwy.

Śledzimy losy kilku mieszkańców Ohio i West Virginii, między innymi weterana wojennego i jego syna, pastora, szeryfa i seryjnego mordercy. Akcja dzieje się od zakończenia II wojny światowej i kończy na początku konfliktu w Wietnamie. Wiele kręci się wokół religijnych, duchowych doświadczeń wywindowanych poza granice fanatyzmu. Akurat dla mnie to ogromny plus. Religia w ogóle jest tematyką, która mnie pociąga, a kult w obrębie małej społeczności to już w ogóle odrębne zagadnienie, z którego wyciągnąć można wiele smaczków.

Brud i smród bardzo łatwo uzyskać z takich zjawisk, jak wojna i religia, bo często głównie tym są. Dlatego nietrudno uwierzyć, że tacy bohaterowie jak w „Diable” istnieją. Weteran z traumą powiązaną z boską ofiarą i brutalnym doświadczeniem, obłudny pastor traktujący kobiety i młode dziewczyny równie obślizgło, co swoje palce, które umaczał w sosie z wątróbki, wierzący człowiek w transie, przekonany, że dostał polecenie od boga.

Prawdopodobnie ten film jest w stanie chociaż raz sprawić, że poczujecie się niekomfortowo, skrzywicie się albo poczujecie odrazę do któregoś z bohaterów. Wachlarz nieszczęść, zbrodni i złych uczynków jest w tej produkcji bardzo szeroki. Na początku „Diabeł wcielony” obiecuje nam historię łączącą dwa pozornie niezwiązane ze sobą miasteczka. Historie bohaterów co prawda przeplatają się ze sobą przez cały czas trwania, ale niestety nie kryje się za tym jakaś większa fabuła.

tom holland, diabeł wcielony, netflix
Doceniłabym, gdyby „Diabeł wcielony” był narzędziem do tortur, którego działanie polega na przytrzymywaniu nas przy kolejnych tragicznych wydarzeniach, podkręcając ich skalę. Lubię, gdy film miota moimi emocjami, gdy nie mogę uspokoić myśli jeszcze na długo po seansie. Masochistka we mnie cieszy się na tortury dla mojej emocjonalnej wrażliwości. Ale ten film nie ma takiej konstrukcji, tylko przypomina raczej worek pełen straszności, z którego losowo wyciągamy kolejne tragedie. A im bliżej końca, tym trauma stawała się mniejsza, bo już wiedziałam, że zaraz wyciągną następną złą rzecz, i następną, i następną. Przewidywalność i bezcelowość wydarzeń pogrzebała „Diabła”. Bo kiedy ktoś na ekranie umiera, a ja nie jestem w żaden sposób poruszona, to nie świadczy za dobrze o filmie.

Na stole leży więc kilka elementów i chociaż fabularne łączenia nie utrzymały ich razem, to wciąż trzymają je sznureczki w kolorze aktorstwa, zdjęć, kolorystyki. Aktorsko „Diabeł wcielony” to syta uczta. Co prawda obsadzony w głównej roli Tom Holland nie unosi się ponad innymi, ale radzi sobie całkiem dobrze. Najprzyjemniej patrzy się na to, co wyczynia Robert Pattinson, którego rola ewidentnie rajcuje (o czym z uśmiechem mówił w wywiadzie, więc tym bardziej ciepło na serduszku się robi). Bill Skarsgård sprawiał, że jednocześnie chciało się go przytulić i pocieszyć, a także uciekać z niepokojem. Eliza Scanlen nawet z małą rolą potrafiła przyciągnąć większą uwagę niż Holland. Najbardziej oczarował mnie fanatyzm płynący z gry Harry’ego Mellinga.

Szkoda tylko, że film tak bardzo skondensował ogrom wydarzeń, że nie starczyło czasu ani na wyłuskanie sensownych powiązań fabularnych (o czym już pisałam), ani na porządny rozwój czy zapoznanie się z niektórymi bohaterami (jak szeryf, w którego wcielił się Sebastian Stan, a który gdzieś tam snuje się w cieniu). Z bólem muszę więc przyznać, że „Diabeł wcielony” to zmarnowana szansa na znakomity film. Z bólem, bo początek zapowiadał coś bardzo dobrego. Niepokój, wzbudzający dreszcze klimat i doskonałe aktorstwo sprawiły, że „Diabła” z przyjemnością ogląda się do końca, ale brak wyważenia pod koniec produkcji tę przyjemność zaczyna wymuszać.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.