USA zamknięte w jednym mieście – recenzja książki „San Francisco. Dziki brzeg wolności”


Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że Wydawnictwo Czarne uratowało moje czytelnictwo. Wcześniej czytałem stosunkowo mało, głównie szkolne lektury. Poza nimi trudno było mówić o czytaniu dla przyjemności. Tuż po maturze i w trakcie studiów od czasu do czasu lądował w moich rękach „Duży format”. Najbardziej wciągającym dla mnie kontentem były wywiady z reportażystami, a jak już na okładce zobaczyłem nazwisko Szczygieł, Tochman czy Jagielski, wiedziałem, że ja tę gazetę po prostu najzwyczajniej w świecie kupię. Czasem, gdy już zdarzyło mi się odwiedzić jakąś bibliotekę, wypożyczyłem a to „Gottland”, „Izrael już nie frunie” albo inne „Umarła wojna, niech żyje wojna”.

Zbiory krótkich reportaży podzielonych na małe rozdziały i rozrzuconych tematycznie to zdecydowanie coś, co czyta mi się najprzyjemniej. Ba, w przeciwieństwie do innych książek, przebijam się przez lekturę niezależnie od medium, zarówno w papierze, na tablecie, czytniku, jak i na ekranie monitora. „San Francisco. Dziki brzeg wolności” przeczytałem na laptopie, który jest najmniej przyjaznym i wygodnym sposobem, ale nie mogłem się oderwać! Autorka, Magda Działoszyńska-Kossow, pisze w sposób bardzo płynny, wciągający mnie w przeczytanie jeszcze jednego rozdziału, jeszcze jednej strony. Przecież to super pasjonujące, jak opisuje historię San Francisco, systemowego rasizmu czy relatywizmu w ocenie polityki własnego pracodawcy wobec prywatności. Za to czytanie o jedzeniu zawsze wprowadza mnie w pewien dyskomfort. Przede wszystkim trudno mi sobie wyobrażać smaki czy zapachy, których nie poznałem i bardzo możliwe, że nigdy nie poznam, a to boli mnie najbardziej, bo z podróży najlepiej kojarzę właśnie te kulinarne przygody.

Tytułowe miasto nie jest jedynie zbiorem ładnych widokówek zamkniętych w formie rozdziałów. Autorka podróżuje przez dzisiejsze San Francisco i jeżdżąc po różnych dzielnicach, odwiedzając różne miejsca i rozmawiając z interesującymi ludźmi, poznaje, w jaki sposób historia dorwała i zmieniła te miejsce na ziemi. Działoszyńska-Kossow pokazała mi całkiem spory wycinek historii tegoż miasta, ale także i stanu, w którym się znajduje, a do tego sporo wycinków z historii Stanów Zjednoczonych Ameryki. Niekoniecznie przedstawiane są jakoś szczególnie dogłębnie, ale wystarczająco, bym się nimi zainteresował, a także w niedalekiej przyszłości chciał pogrzebać głębiej w temacie.

Jestem bardziej niż zadowolony z poświęcenia czasu na tę pozycję. Jak przeczytałem na którymś zdjęciu kalendarza motywacyjnego, ważne, by czytać książki istotne, które pozostawiają coś w głowie czytelnika. Taki zbiór reportaży, taka wycieczka po Kalifornii i USA zaszczepiła we mnie ciekawość tego zakątka na ziemi oraz wyprostowała moją wiedzę o niektórych wydarzeniach opowiedzianych w książce. Jeśli brzmi to dla was zachęcająco, to polecam dorwać „San Francisco” w jakiejś formie.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.