Nowa taktyka – recenzja „Head Lopper: Karmazynowa wieża”

Do dwóch razy sztuka, czy może będę potrzebowała kolejnego podejścia? Obcinanie głów uznałam za ładne już w przypadku pierwszego tomu „Head Loppera”, ale czy piękno warstwy graficznej i tym razem pozostało jedyną dobrą cechą serii MacLeana? 


Podczas recenzowania pierwszej części „Head Loppera” nie byłam całkowicie usatysfakcjonowana z tego komiksu. Dlatego po drugi tom sięgnęłam z pewnymi obawami. I tak oto przywitała mnie opowieść stworzona w odmiennym stylu od tej, którą poznałam w pierwszej części. „Karmazynowa wieża” jest znacznie mniej złożona fabularnie od „Wyspy albo Plagi bestii” i – co dla niektórych może okazać się szokujące – właśnie to stało się szczegółem decydującym o mojej ocenie. 

Do tytułowej wieży przybywają najdzielniejsi wojownicy, wezwani przez obecnego pana tego miejsca, Urlicha Dwakroć Przeklętego. Mają stoczyć bój o przejęcie „funkcji” władcy wieży. Przybywa również nasz główny bohater, jako towarzysz Zhaani – wojowniczki, która pragnie uwolnić swoje siostry z rąk Urlicha; oraz Xho – uczennica Zhaani. Oprócz tej grupki poznajemy również innych wojowników (oraz tych, co w wierzy znaleźli się za sprawą przypadku), ale większość dość szybko ginie.

Bo, tak jak w pierwszym tomie, trup ściele się gęsto, co niezwykle mnie cieszy, bo akurat sceny akcji były elementem, który podobał mi się już podczas lektury „Wyspy albo Plagi bestii”. W drugim tomie Andrew MacLean pozbył się za to całej tej otoczki przeróżnych wątków i wydarzeń i skupił się wyłącznie na opowieści dziejącej się w tytułowej wieży. 

Nie znaczy to jednak, że w drugim tomie „Head Loppera” możemy podziwiać wyłącznie bezmyślną rozpierduchę. MacLean umieścił tu również miłość, łzy, poświęcenie, rozważania nad definicją bohaterstwa, trudne wybory moralne, rozpacz rozumianą na różne sposoby przez różne osoby, siłę więzi rodzinnych… i przyznam, że dzięki temu, że tym razem historia była mniej rozbudowana, otrzymałam chwilę na oddech, której tak brakowało mi w przypadku poprzedniej części

W „Karmazynowej wieży” brak również humoru, obecnego w pierwszym tomie. I dobrze, bo tamtejsze żarty w ogóle do mnie nie trafiały i ciągnęły opowieść bardziej w stronę typowej łupanki, niż mocnego i głębokiego dzieła – a mam wrażenie, że MacLean właśnie w kierunku wyżyn zmierzał od samego początku. Bo rozmachu i tytaniej pracy odmówić mu nie można.

Cieszy mnie, że w „Karmazynowej wieży” pokazał dwie kobiety wojowniczki, cieszy, że dał im background, ale motyw rozpaczy po śmierci (szczególnie motyw rozpaczy mężczyzny po stracie kobiety, z którą łączyły go jakieś głębsze uczucia) jest niemiłosiernie przeorany na wszystkie strony i był niefajnym zakończeniem tego komiksu. 

O wiele lepsza końcówka kryje się wśród przykładowych plansz i rysunków koncepcyjnych, które pojawiają się na ostatnich stronach tego wydania. MacLean genialnie wykorzystuje kolory, nie boi się korzystać z nieszablonowych rozwiązań w tworzeniu kadrów oraz stylu lineartu. Warstwa graficzna „Head Loppera” jest zdecydowanie najlepszą częścią tego komiksu. 

I choć tak narzekam, i narzekam, nie umiem powiedzieć, że seria Andrew MacLeana jest zła. Po prostu do mnie nie trafia. Być może przypasuje komuś z Was – a jeśli nie, zawsze możecie pozachwycać się rysunkami.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.