Magiczna podróż w wschodniej krainie! – recenzja „Magi”, tomy 1-10

Magi jest świetnym przykładem, że tak leciwy zbiór baśni jakim są Baśnie tysiąca i jednej nocy nadal może być inspiracją dla twórców, nawet z innych kręgów kulturowych. Nawet sam Tezuka ogromnymi siłami stworzył wraz ze swoim studiem adaptację tych historii i choć recenzowana manga nie jest adaptacją w sensie ścisłym, to ciężko jej odmówić podobnego uroku, jaki budzi leciwy dość materiał bazowy.

Na początku naszej historii poznajemy dwóch bohaterów: Alladyna i Alibabę. Ten pierwszy nie przemierza swych ścieżek sam. Podąża z nim jego przyjaciel dżinn imieniem Ugo, który swoimi mocami ratuje naszego maluszka z różnych tarapatów, w które ten wplątuje się wielokrotnie, m.in. z powodu swojej mizernej wiedzy o świecie go otaczającym. Ten drugi natomiast jest początkowo jednym z członków kupieckiej karawany, przez co ma głowę do interesów. Ale jego miłość do zarabiania pieniążków przewyższa zdecydowanie wrażliwość na krzywdę ludzką. I wiarę w przyjaciół i przyjaźń, oczywiście. Przecież to shonen ostatecznie.

Rysunki w tej mandze są śliczne, przesłodkie. Nawet te pozy, gdy bohaterzy stają przed walką na śmierć i życie, są dla mnie wypełnione cukrem. Czasami podczas walk miałem problem z ogarnięciem co się tak naprawdę tu wyprawia, ale rekompensatę otrzymałem w postaci epickich starć, może nawet zbyt epickich. Z drugiej strony to walki nadawały tempa po spokojniejszych momentach w historii, i nie miałem się kiedy nudzić. . Projekty postaci są proste, nieprzekombinowane, i co ważne nie miałem problemu z rozróżnieniem postaci, co jest dla mnie zaletą. Ani przez chwilę nie zastanawiałem się kto jest kim i bardzo doceniam taką pracę.

Długie serie mogą odstraszyć poszczególnych czytelników, ale nie mnie. Mnie interesuje głównie czy historia trzyma poziom. Wtedy jestem w stanie wejść w świat przedstawiony, i czytanie staje się prawdziwą przyjemnością. Pierwsze dziesięć tomów Magi minęło błyskawicznie. Szybko zacząłem sympatyzować z duetem Alladyn i Alibaba, chociaż wkurzałem się na nich niejednokrotnie. Autorka dobrze wie kiedy zakończyć rozdział i przerwać akcję. Cholera, czytam przygody dwóch w najlepszym razie nastków, a siedzę jak na szpilkach, bo w pół godziny przeczytałem cały tom, a za kolejny mogę się zabrać dopiero po powrocie do domu i ughhh nie dowiem się jak rozstrzygnie się walka. Damn You autorkooo!

I do tego wciągnęła mnie niepostrzeżenie. A to w jednym rozdziale jest coś co mógłbym nazwać fillerem, ale takim rozwijającym postać, a to dowiadujemy się nowych faktów o świecie. I tak kamyk po kamyczku autorka wprowadzała mnie w ten świat, i cholercia, chce się więcej. Na całe szczęście to dopiero ⅓ drogi. I właśnie jestem ciekaw w którą stronę pójdzie całość, bo początkowo wydawała się raczej radosną opowiastką, a tu w pewnym momencie wychodzi jakiś smuteczek, a to walka na śmierć i życie. Warto dodać też, że czytałem tę serię w skrajnie niesprzyjających warunkach, przy powrocie do domu pociągiem, gdzie skuteczne odcięcie się od czynników zewnętrznych było niemalże niemożliwe.

Magi to pozycja może ciut dłuższa od pozostałych, ale z pewnością warta sprawdzenia. Nawet pomimo natłoku nowych tytułów, te pierwsze dziesięć tomów warte jest waszego czasu, a przede wszystkim pieniędzy. Zwłaszcza jeśli lubicie dobrą mangę przygodową.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Waneko.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.