„Tiger King” – szalona przejażdżka tuż nad szambem

tiger king, król tygrysów, netflix, serial dokumentalny, recenzja
Jeśli jeszcze nie obejrzeliście „Tiger King: Murder, Mayhem and Madness”, to na pewno ten tytuł wpadł Wam w oko chociaż raz w ciągu ostatnich dni. Dokument Netflixa skupiający się głównie na Joem Exoticu, właścicielu zoo Greater Wynnewood Exotic Animal Park w Olkahomie i jego konflikcie z Carole Baskin, właścicielką Big Cat Rescue, wybuchł na ekranach wszystkich, pochłaniając uwagę bardziej niż doniesienia o trwającej pandemii.

My również szybko pochłonęliśmy „Tiger Kinga”, niejednokrotnie dyskutując na temat tego, co widzieliśmy na ekranie. Opinia Piotrka różni się od mojej. On od początku skupiał się wyłącznie na krzywdzie względem dzikich kotów i innych zwierząt, którą prezentował dokument – wszystkie rewelacje, akcje kryminalne, konflikty były dla niego gdzieś w oddali. Ja analizowałam, mówiłam o tym, jak dokument prezentuje tę czy inną postać, z zaciekawieniem przyglądałam się, jak „Tiger King” skupia uwagę na konkretnych tematach. Krzywiłam się i komentowałam, gdy widziałam, co dzieje się ze zwierzętami, ale mimo tego szłam z dokumentem dalej. I cóż, może i mam teraz o czym pisać tekst, ale prawda jest taka, że dałam się uwieść i zazdroszczę Piotrkowi, że on stał murem przy jedynym ważnym elemencie całej historii.

„Tiger King” to dokument czarujący widza. Tak jak główny bohater: Joe Exotic. Właściciel hodowli tygrysów przyciąga kolorowymi ubraniami, wyróżniającą się fryzurą, życiem miłosnym i uwielbieniem do broni. Dokument igra z uczuciami widzów. Joe często pokazywany jest jako emocjonalny, troskliwy miłośnik tygrysów i lwów, który pragnie bliskości z drugim człowiekiem i swoimi podopiecznymi, by zaraz zostać przedstawionym jako furiat znęcający się nad ludźmi i zwierzętami oraz agresywny wyznawca radzenia sobie z problemami przemocą. To samo „Tiger King” robi z nemesis Exotica, Carole Baskin. Kobieta już w pierwszych minutach obecności na ekranie prezentowana jest jako „szalona”. Jak to mawia moja babcia: „Każda wariatka ma w głowie kwiatka” – i właśnie tak Carole jest nam przedstawiona, jako chodząca w wianku ekscentryczka. Z jednej strony ratuje dzikie koty, a z drugiej pojawiają się informacje, jakoby miałaby być odpowiedzialna za zniknięcie męża.

tiger king, król tygrysów, netflix, serial dokumentalny, recenzja
Ten dokument nie jest po to, byśmy zapłakali nad losem zwierząt – bo nie jest o nich. To kryminalna historia, podczas której widzowie są wodzeni za nos i mogą podjąć decyzję, za którą stroną się opowiedzą. Bo Joe Exotic męczy zwierzęta, ale zobaczcie, jakie Carole Baskin ma małe klatki. Bo Joe zatrudnia tylko ludzi w trudnej sytuacji i ich wykorzystuje, ale im płaci, a Carole nie płaci ludziom i każe im zdobywać kolejne stopnie bycia wolontariuszem. Bo Joe potrzebuje miłości i ma dwóch wspaniałych mężów, a Carole swojego pewnie zabiła.

I w tej kwestii „Tiger King” jest znakomity. Wiadomo, że nie ma dokumentu obiektywnego, bo to niemożliwe, ale oglądając produkcję Netflixa, ma się wrażenie, że dostajemy jak najwięcej informacji z wielu stron, by samemu wyrobić sobie zdanie. Jestem przekonana, że osoby podchodzące do „Tiger Kinga” z takimi czy innymi poglądami, zostawały z nimi do końca. Ten dokument nie wpływa na zmianę przekonań i w sumie nawet nie ma tego robić. Jest po prostu doskonałą rozrywką.

Twórcy wybrali najbardziej szokujące wydarzenia, układając je w historię ukazującą coraz większą agresję oraz narastający konflikt i wyciągając największe brudy z każdego. Oglądając „Tiger King”, ma się wrażenie, że wszyscy bohaterowie mają coś za uszami, nawet pomimo tego, że niektórzy z nich, jak Saff (niestety ciągle misgenderowany), potrafią wzbudzić sympatię przez to, jak wypowiadają się o dzikich kotach. Ale każdy odcinek odkrywa jeszcze głębsze szambo niż poprzedni. W produkcji Netflixa zobaczymy wszystko: od utrzymywania heteroseksualnych mężczyzn w jednopłciowym małżeństwie w zamian za narkotyki, poprzez pożary, wybuchy, grożenie śmiercią, znęcanie się psychiczne i fizyczne, na przerażającym kulcie jednostki kończąc.

tiger king, król tygrysów, netflix, serial dokumentalny, recenzja
Właśnie to ostatnie stanowi najbardziej soczyste kąski „Tiger Kinga”. Czy to Joe Exotic, czy to inni hodowcy dzikich kotów, jak „Doc” Antle i Jeff Lowe – próbują pokazać się jako lepsi, niż są w rzeczywistości, używając do tego każdego możliwego aspektu życia. Wyróżniający się ubiór to najłagodniejszy z nich. Wszyscy trzej uwielbiają pokazywać swoją muskularność, prezentując (koniecznie wiele) partnerek lub partnerów, a umiejętności seksualne potwierdzając „władaniem tygrysami”. Zwierzęta stają się dla nich pretekstem do pokazywania dominacji: czy to przez seks, czy przez przemoc wobec innych, czy to przez manipulację lub zarabianie pieniędzy.

Jest to obrzydliwe, cringe’owe, odpychające – ale oglądamy to, pochłaniamy każdą scenę fascynując się tym, co widzimy na ekranie. I dostajemy więcej, i więcej, i więcej, bo materiału wpakowanego w siedem odcinków jest sporo. „Tiger King” od pierwszych sekund łapie za gardło i trzyma do finału, czasem nawet podnosząc nas za szyję do góry. A my wesoło machamy nóżkami i wypluwamy słowa „więcej, daj więcej”. Następnie wracamy do swoich codziennych spraw, mając gdzieś z tyłu głowy, że obejrzeliśmy coś fascynującego, ale będąc pewnymi, że nie ubrudziliśmy sobie rąk – a przecież ledwo co ktoś do tej otwartej z radości buzi wlał nam obrazy odrażające i odpychające.

„Tiger King” jest jak nagranie z wypadku: wstrząsające i odrzucające, ale oglądasz je z oczami jak pięć złotych. To fascynujący dokument o ludziach, o których moja babcia powiedziałaby „wyżej sra, niż dupe ma”. Ale pomimo wszystkich porównań do fekaliów, jakich użyłam w tym tekście, przy „Tiger Kingu” bawiłam się wyśmienicie. Szkoda mi tylko jednego: że w tym wszystkim dzikie koty zostały zepchnięte na dalszy plan.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.