Nie tego oczekiwałam – recenzja „W głębi lasu”

Podczas licealnego obozu letniego znaleziono ciała dwojga uczniów, a dwoje innych nastolatków zaginęło. Dwadzieścia pięć lat później, Paweł Kopiński, prokurator i świadek tamtych wydarzeń, zostaje wezwany na komendę w celu zidentyfikowania ciała zamordowanego mężczyzny. Denatem może być jeden z zaginionych, co budzi w Pawle nadzieję, że jego siostra, która również zniknęła tamtego lata, wciąż żyje. Prokurator zaczyna badać sprawę na własną rękę, odzywa się do swojej młodzieńczej miłości, Laury i próbuje rozwikłać wszystkie tajemnice tamtego obozu.

Polski serial oryginalny dla Netflixa powstał na podstawie książki Harlana Cobena. Powieści nie czytałam, mogę Wam jednak zdradzić, że wersja historii przeniesiona na ekran różni się od tego, co możecie przeczytać w książce. Ambicje twórców „W głębi lasu” przerosły ostateczny rezultat. Najbardziej widać to poprzez różnice pomiędzy pierwszym odcinkiem a kolejnymi. Jeszcze pilot utrzymał mnie w zaciekawieniu – reszta epizodów niezbyt.

Produkcja opiera się na dwóch osiach czasowych: roku 1994, w którym miały miejsce tragiczne wydarzenia oraz roku 2019. Obserwowanie początku lat 90. przywołało we mnie nostalgię: brick game, bransoletki z żyłek, kupowanie w warzywniaku i pakowanie zakupów do plastikowych toreb z uszkami i motywami bożonarodzeniowymi, informacja o występie Edyty Górniak na Eurowizji słyszana gdzieś w tle… Ta linia czasowa była również ciekawsza, niż współczesność. Wydarzenia były bardziej spójne, śledztwo mocniej wciągało, bohaterowie bardziej mnie obchodzili, niż ich późniejsze wersje. 


Sypać zaczęło się właśnie w scenach dotyczących roku 2019. Na początku przez wątek poboczny, czyli sprawę oskarżenia o gwałt, którą prowadzi główny bohater. Niestety, ale tak ważny temat wykorzystany jest tylko po to, by Paweł był szantażowany, a tajemnice związane z jego żoną i szwagierką wyszły na jaw. Nie są to jednak sekrety związane ze zbrodnią sprzed lat, a sam wątek oskarżenia i gróźb wobec prokuratora poprowadzony został nudno, czasem wręcz komicznie (szczególnie jeśli dodamy do tego, że Cezary Pazura wcielił się w rolę wpływowego dziennikarza, próbującego zastraszyć głównego bohatera, co poskutkowało stworzeniem karykaturalnej postaci „tego złego”). Przykre jest również to, że w tym całym zamieszaniu zniknęła sama ofiara gwałtu i że skoro już wprowadzono taki wątek, to nie posłużono się nim, by przekazać coś ważnego. 

Także relacja starszych Pawła i Laury nie miała nic w sobie. Dużo więcej chemii Agnieszka Grochowska miała z Małgorzatą Kożuchowską w serialu „Motyw”, niż teraz, z Grzegorzem Damięckim. Chociaż w tym przypadku Grochowska w ogóle wypadła drewnianie, cały serial przechodząc z jedną miną. Cóż, nie jest to najwyższych lotów aktorka, ale widziałam jej lepsze występy, a poza tym, mam na nią potężnego crusha, więc jakoś tak zależało mi, by dobrze wypadła. Ale na tle reszty ekipy nie odróżniała się jakoś szczególnie, bo aktorskich popisów, to w „W głębi lasu” nie znajdziecie.

Czasem pogubicie również dialogi, bo polski dźwięk jest fatalny. Oglądając z użyciem dobrych słuchawek miałam problemy ze zrozumieniem niektórych kwestii, szczególnie tych szeptanych (wyjątkiem są wypowiedzi postaci granej przez Adama Ferencego, ale on zawsze gra na szepcie podszytym agresywnym warknięciem, to już wyszkolił się tak, że dobrze go słychać). 


A im dalej w las, tym więcej ciał, rozwiązanych tajemnic i sypiącego się serialu. „W głębi lasu” dość szybko się nudzi. Nawet wisząca nade mną tajemnica i dziwaczne wydarzenia, powoli odkrywające przeszłość, nie były w stanie sprawić, że siedziałam jak na szpilkach. A czegoś takiego oczekuję po serialu kryminalnym. Na domiar złego, logika fabuły zaczęła zanikać i pojawiły się dziury, które do końca produkcji nie zostały rozwiązane. Jeśli chodzi o rozwiązanie zagadki, to już czysto kwestia gustu – mi się nie podobało. Scena zbrodni bardziej mnie rozbawiła, niż zaskoczyła lub przeraziła. 

Z dobrych stron: zdjęcia, scenografia, kostiumy, muzyka wyszły wspaniale. Podobała mi się ta wszechobecna depresyjna szarość, bardzo pasująca do tematyki produkcji. Twórcy „W głębi lasu” zadbali o drobne elementy każdej lokacji, dopasowując je do danego czasu (ujęło mnie, że zamiast pokazać super wypasionej sali szpitalnej, zaprezentowano taką, jaka jest naprawdę w publicznych szpitalach – czyli bez szału), co dało mi przyjemność z oglądania, choć podejrzewam, że nie czułabym jej z tego powodu, gdybym nie była Polką.

Niestety, dbanie o szczegóły, dobre zamiary i ciekawy zamysł początkowy nie są w stanie uratować „W głębi lasu”. Nie czułam żadnego dreszczyku emocji, nie bawiłam się wyśmienicie, wręcz wynudziłam się i nawet trudno mi było dokończyć tę produkcję (a to zaledwie sześć odcinków). Wielka szkoda.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.