Aaaauuuuu! | Serialoholik #6

by 20:41 0 komentarze

Świeżo po finale Teen Wolf postanowiłam zamieścić moje przemyślenia na temat tego serialu, w moim comiesięcznym cyklu, Serialoholik.

      Początkowo Teen Wolf bardziej klasował się w zestawieniu guilty pleasures, niż poważnych produkcji. Seria, luźno oparta na filmie z 1985 roku o tym samym tytule, może i zawierała w sobie wiele elementów paranormalnych i wykorzystywała efekty specjalne i świetną charakteryzację, ale - bądźmy szczerzy - to nadal był tylko nastoletni dramat. Niezbyt popularny i okrzesany licealista, z jeszcze mniej okrzesanym przyjacielem, przeżywają szkolne problemy, wzdychają do nastoletnich piękności i spierają się z lokalnym guru sportu. Pojawia się także nowa dziewczyna w szkole, która - oczywiście - staje się obiektem westchnień nowego bohatera. Do tego dodano element fantasy: protagonista zostaje ugryziony przez wilkołaka. Jednak takie sytuacje już mieliśmy, tylko z wykorzystaniem wampirów, w The Vampire Diaries oraz serii Twilight. Na początku nawet istniały obawy, że Teen Wolf będzie serialową wersją Zmierzchu. Nic dziwnego - fabuła wydawała się przedstawiać papkę popkulturową dla nastolatków, opowiadającą o zwykłym chłopaku, który nagle wpada w tok niezwykłych wydarzeń. Do tego, serial był produkcją MTV, a wtedy jeszcze stacja kojarzyła się jedynie z głupiutkimi programami, typu Ex On The Beach albo Jersey Shore, oraz wieloletnim wzdychaniem do czasów, "kiedy na MTV leciała muzyka".

   
      Tak oto mamy rok 2011, a na ekranach pojawiają się pierwsze odcinki opowieści o nastoletnim wilkołaku z Beacon Hills. Nie wiem czy twórcy zdawali sobie sprawę z tego, jak wielu widzów zdobędą. Być może nie, ponieważ serial przeszedł pewne zmiany po pierwszym sezonie. Usłyszałam o Tenn Wolf dopiero, kiedy wyemitowano finał drugiej serii. Wszystkie opinie mówiły jedno: nie zrażajcie się na początku, drugi sezon jest o wiele lepszy. Owszem, tak właśnie było. Początek serialu był właśnie taką popkulturową papką. Dopiero w drugiej serii twórcy postanowili pójść o krok dalej. Bardzo dobrze, że ktoś podjął taką decyzję, bo dzięki temu otrzymano nie tylko serial, który pozwala zarabiać na nastolatkach, ale także świetną produkcję.
      Scott McCall to chłopak to rany przyłóż. Początkowo nieudolny, zmienia się w seksualną (i nie tylko) bestię, która wymiata zarówno na boisku do lacrosse, jak i w potyczkach z nadnaturalnymi wrogami. Najpierw antagonistami są nieufni pobratymcy, łowcy wilkołaków oraz tajemnicza bestia, siejąca spustoszenie w Beacon Hills. Twórcy wykorzystali nieśmiertelny motyw z szekspirowskiego Romeo i Julia, bo oto Scott zakochuje się ze wzajemnością w Alison Argent - członkinią starego rodu łowców istot nadnaturalnych.
      W ekipie miejsce zagrzewa również "Stiles" Stiliński - typowy błazen, przyczepiony do głównego bohatera, którego charakteryzuje ogromne serce. Chłopak zakochany jest w najmądrzejszej i najpiękniejszej dziewczynie w szkole, Lydii Martin. I tutaj rozpoczyna się odejście twórców Teen Wolf od schematów: miłość Stilesa nie jest jedynie pięknością, ale jest bardzo mądra, inteligentna i uzdolniona.


Te słodziaki, to jedna z najlepszych ekip serialowych

      W początkowych odcinkach było to jedyne przełamanie owych zasad tworzenia serialu dla nastolatków, ponieważ do bohaterów dodano także wrednego, zapatrzonego w siebie, kapitana drużyny lacrosse oraz jego kumpli. Jednak wraz z rozwojem historii każdy z bohaterów rozwija się i zmienia na naszych oczach. Ów sportowiec, Jackson, staje się być całkiem sympatycznym i zranionym chłopakiem, który kończy serial u boku ukochanego mężczyzny. Lydia przechodzi przez wiele traumatycznych przeżyć, Scott dorasta i coraz bardziej wierzy w to, że jest świetnym przywódcą, Stiles przestaje być błaznem i zaczyna zajmować miejsce "mózgu" ekipy, a Alison... no dobrze, może nie będę zdradzać wszystkiego.
     Przez sześć sezonów przewijało się wiele postaci, które odgrywały mniejsze, bądź większe role w życiu Scotta i jego przyjaciół. Jednak moje serce najbardziej zaskarbił sobie jego najbliższy kumpel, Stiliński. Ciekawi w nim nie tylko jego polskie imię, Mieczysław, które tak skrzętnie było ukrywane, ale złożoność charakteru. Stiles okazuje się być nie tylko śmieszkiem, którego dołączono do głównego bohatera, jako humorystyczny dodatek, ale oddanym przyjacielem, diabelnie inteligentnym chłopakiem oraz uosobieniem odwagi, lojalności i ambicji. Jest jedynym członkiem stada Scotta, który nie ma żadnych umiejętności nadnaturalnych ani specjalnych talentów. Jednak mimo tego, okazuje się być z nich wszystkich najlepszy. Chociaż nie jest w stanie pokonać przeciwników swoją siłą i zręcznością, to nadrabia umysłem i upartością. To właśnie Stiles rozwiązuje wszystkie zagadki, pomaga każdemu, pierwszy dostrzega coś złego.
      Jednak postać młodego Stilińskiego byłaby niczym, gdyby nie wspaniała gra aktorska Dylana O'Briena. Ten młody aktor potrafi zrobić z postacią wszystko, co tylko zapragnie. Chociaż początkowo nie wyróżniał się niczym szczególnym, to w trzecim sezonie pokazał prawdziwy talent. To właśnie wtedy Stiles stał się naczyniem dla Nogitsune, czyli - mówiąc w bardzo uproszczony sposób - złej odmiany Kitsune, japońskiego ducha-lisa. O'Brien wspaniale stworzył szalonego i bezwzględnego antagonistę, który potrafi spojrzeć na człowieka w taki sposób, w jaki chciałby patrzeć Antony Hopkins, wcielając się w rolę Hannibala Lectera. Dylan potrafił był delikatny, a w kolejnej scenie bezwzględny i morderczy. Widać było, że trzeci sezon opowieści o nastoletnim wilkołaku, pozwolił mu rozwinąć aktorski talent, bo od tej pory gra O'Briena była coraz lepsza.


Dylan patrzy na człowieka w ten sposób, że nie wiesz czy chce go zabić, czy przelecieć

      Postać Stilesa to jedynie czubek góry lodowej, która składa się na sukces Teen Wolf. Twórcy serialu sięgają bezwstydnie o mity i wierzenia z każdej strony świata. Często także dodają coś od siebie, a czasem po prostu biorą jakiegoś mitycznego bohatera, a następnie tworzą go na nowo. Mieliśmy Nogitsune, Kitsune, przerażających Doktorów, chimery, kanimy, kojotołaka, kuguarołaka, wilkołaków-bliźniaków, którzy łączą się w jedno, celtyckiego druida i wiele, wiele więcej. Wszystko to ściąga, jak szalone do Beacon Hills, ponieważ właśnie w tym mieście znajduje się Nemeton - ośrodek mocy, pod postacią drzewa (swoją drogą, coś takiego, pod nazwą Nemeta, naprawdę istniało - Celtowie tym mianem określali święte miejsca). Ten magiczny ośrodek jest czymś, w rodzaju Piekielnych Ust z serialu Buffy: The Vampire Slayer - Jeff Davis, producent Teen Wolf powiedział nawet w jednym z wywiadów, że właśnie opowieść o Pogromczyni Wampirów (razem z komiksami o Spidermanie) zainspirowały go do stworzenia serialu o nastoletnim wilkołaku.
      Chociaż Teen Wolf nie jest rozrywką najwyższych lotów i wszystko zwykle kończy się tak, jak powinno, czyli dobro zwycięża tu nad złem w ostatniej sekundzie, to na pewno nie można odmówić twórcom ogromu pracy, jaki włożyli w to, aby serial powstał w takiej formie, jaką możemy oglądać. Niektórzy bohaterowie zostali uśmierceni, inni przeszli wspaniały character development, a wydarzenia - chociaż niekiedy naciągane - są niezwykle pasjonujące. Niektóre odcinki sprawiały, że miałam dreszcze, albo wzbudzały we mnie strach. Teen Wolf miał swoje gorsze i lepsze sezony, niektóre odcinki wznosiły serial na wyżyny, a inne były po postu typowym nastoletnim dramatem. Jednak to, co wyróżnia tę produkcję, to niezwykła szczerość.


Może i efekty specjalne nie zawsze są tu najwyższych lotów, ale serial nadrabia innymi cechami

      Aktorzy bawili się formą i gołym okiem dało się zauważyć, że serial jest dla nich przygodą - jednak to nie powstrzymywało ich od ogromnej pracy, jaką wkładali w tworzenie postaci. Chociaż nie trudno jest wymienić produkcje, opowiadające o nadnaturalnych stworach, to dzięki temu, że w Teen Wolf czerpano z prawdziwych mitów, po czym bawiono się tą konwencją niezwykle umiejętnie, otrzymaliśmy wspaniałą produkcję. Takie początki miało, na przykład, Supernatural, jednak później postanowiono przeobrazić to w telenowelę, do której fani mogą płakać. Teen Wolf cały czas utrzymywał powiew świeżości.
      Właśnie z tych powodów postanowiłam uhonorować serial w moim comiesięcznym Serialoholiku. Jeszcze nie zdążyliśmy otrzeć łez po finale produkcji, więc moje przemyślenia są nadal świeże. Jeśli nie mieliście okazji zapoznać się z opowieścią o młodym wilkołaku i jego niezwykłych przyjaciołach, to nie zwlekajcie ani chwili dłużej. Naprawdę, nie zrażajcie się pierwszymi odcinkami - będzie lepiej i lepiej. 
      

0 komentarze:

Prześlij komentarz