Człowiek człowiekowi potworem - recenzja książki Kształt wody, Guillermo del Toro i Daniel Kraus

by 20:17 0 komentarze

Oskarowa opowieść nie zrobiła na mnie znakomitego wrażenia. Film Kształt wody uznałam za średniak. Miła dla oka opowieść, do obejrzenia na jeden raz. Po książkę Guillermo del Toro i Daniela Krausa sięgnęłam z pewną dozą niepewności. Czy było warto?

      Film Guillermo del Toro Kształt wody otrzymał w tym roku Oscara w kategorii Najlepszy film. Część widzów przyjęła wieść o tym z zachwytem, część uznała, że decyzja Akademii była nieporozumieniem. Czytając opinie na portalach typu Lubimy Czytać, dotyczące książki o tym samym tytule, co film, widzę, że rozłam pojawił się również wśród czytelników. Albo tę książkę się kocha, albo nienawidzi. Nic w tym dziwnego, bo Kształt wody jest dziełem tak pokrętnym i pełnym sprzeczności, że bardzo trudno je jednoznacznie ocenić.

Kto tu gra pierwsze skrzypce?

      Głównych bohaterów jest w sumie kilkoro. Każdy z nich otrzymuje własne rozdziały, w których śledzimy myśli i poczynania danej postaci. W filmie na pierwszym planie umiejscowiono Elizę Esposito. Kobieta, której wycięto struny głosowe, pracuje w tajnym rządowym Ośrodku Badań Kosmicznych Occam jako woźna. Dzięki książce dowiadujemy się o jej zamiłowaniu do butów i płyt winylowych. To właśnie ona, razem z przyjaciółką Zeldą Fuller, zostaje przydzielona do sprzątania pomieszczenia oznaczonego jako F-1, w którym umiejscowiono najnowszy obiekt badań Occam. Okazuje się, że jest nim humanoidalne stworzenie, o nieokreślonym gatunku, żyjące w wodzie i uznawane przez mieszkańców amazońskiej dżungli za bóstwo. Książka określa go jako Stworzenie, albo Deus Brânquia. To właśnie między nim a Elizą nawiązuje się owa miłość, która jest sloganem reklamowym zarówno książki, jak i filmu.


    Swoje rozdziały otrzymało jeszcze kilku bohaterów, jednak pierwsza część książki, nazwana Primordium pokazuje drugą równie ważną, co Eliza postać, o ile nie ważniejszą: Richarda Stricklanda. Uważam, że to właśnie ten mężczyzna jest najważniejszym elementem Kształtu wody. To jego poczynania, jego relacje z innymi mają największy wydźwięk w całej historii. To on jest tym, który schwytał i sprowadził do USA Stworzenie, w którym zakochała się Eliza. To on naznaczony zostaje na villaina tej opowieści, niczym Skaza nacięciem na oku w Królu lwie. Tyle tylko, że o ile w filmie dostajemy po twarzy komunikatem, iż Strickland jest zły, fuj i obrzydliwy, o tyle książka daje nam całe zaplecze historii tego bohatera.

Żywot człowieka umęczonego

      Nie mogę uznać, że Strickland jest dobry. Znęca się nad Stworem, jest agresywny, ma poglądy świadczące o tym, że uważa mężczyzn za płeć lepszą od kobiet, jest rasistą, molestuje. Jednak dzięki książce możemy zobaczyć to, co film ledwie nam podpowiedział: że Strickland jest taki, jaki jest bo przeżywa katusze.
      Oczywiście, nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, tak samo jak nie wypuszcza się na wolność mordercy tylko dlatego, że sytuacja rodzinna, gdy był dzieckiem, ukształtowała go w taki, a nie inny sposób. Jednak postępowanie Stricklanda w książce wcale nie jest dziwne, chore lub potworne. Był na wojnie w Korei, gdzie zawiązała się między nim a generałem Hoytem toksyczna relacja. Niedługo po założeniu rodziny został wysłany na kilka miesięcy do dżungli, w poszukiwaniu Deus Brânquia. Tam był świadkiem śmierci, chorób i nieustannie bał się o swoje życie, nigdy nie miał spokoju, co później odzwierciedla się w tym, jak bardzo potrzebuje ciszy. Kiedy już myślał, że w końcu będzie mógł odpocząć, skierowano go do Baltimore, gdzie miał zająć się badaniami nad Stworem, którego upolował. Stracił dwa palce, przez co zaczął brać leki przeciwbólowe, od których szybko się uzależnił.


     Kształt wody jako film może i jest baśnią o miłości, o tym, że prawdziwym potworem nie jest ten, o kim myślimy w pierwszej kolejności. Kształt wody jako książka to analiza psychicznych zawirowań ludzi, którzy zostali skrzywdzeni: Elizy, która została okaleczona, dzieciństwo przeżyła w domu dziecka i jest niezauważalną woźną; Gilesa, nie pasującego do świata reklamy, którą tak ukochał i ukrywającego swoją orientację; Stricklanda, który nigdy nie otrzymał pomocy po tym, co przeżył na wojnie i w dżungli; Lainie Strickland, kobietę zawsze uczoną, że powinna siedzieć w domu i interesować się tylko nowymi modelami żelazek, a która chce od życia więcej; doktora Hoffstetlera, który musi być szpiegiem, by przeżyć oraz Zeldy, która jako czarnoskóra kobieta w latach 60. w Stanach Zjednoczonych nie za wiele może. 
      Jeśli więc szukacie miłej (chociaż dziwacznej) opowiastki o sile miłości, to nie znajdziecie jej sięgając po książkę Kształt wody. Ten tekst jest czymś o wiele więcej. Jest smutny, przerażający, wzruszający i pokazuje, że szczęśliwe zakończenia to tylko bajka, a potwory są w życiu każdego z nas.

Dziwne jest piękne

      Szkoda tylko, że książka może odstraszać stylem, w jakim została napisana. Pierwsze czterdzieści pięć stron to istna grafomania. Zdania pojedyncze, dziwnie skonstruowane, zawiłe. Musiałam czytać je po kilka razy, by wiedzieć co właśnie się dzieje. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś porzucił książkę jeszcze przed przebrnięciem przez pierwszą część - właśnie ze względu na fatalny styl.
      Później jest lepiej, znacznie lepiej. Po części dlatego, że styl się zmienia, zdania stają się bardziej rozbudowane i bardziej zrozumiałe. Po części dlatego, że przyzwyczaiłam się do takiej formy wypowiedzi. Niekiedy opisy i przemyślenia bohaterów są zbyt długie, zbyt nudne, ale przez większość Kształtu wody akcja prze szybko do przodu i nim się obejrzymy, będziemy czytać ostatnie strony książki. 
     Tekst zawiera też wiele opisów, które (jak widziałam wśród opinii czytelników) obrzydzają. Gnijące palce Stricklanda, seks Elizy ze Stworem, szczegółowy opis tego, jak mocz spływa z pisuaru na podłogę, krew cieknąca z dłoni Stricklanda na usta jego żony, podczas bardzo mechanicznej kopulacji...


      Mnie to nie obrzydziło. Mi się to podobało. Takie elementy pasowały do tematyki książki. Ukazywały, że Kształt wody nie jest bajeczką, o czym wspomniałam już wcześniej. Nadawały wszystkiemu realizmu i nie pozwalały nam za bardzo się rozmarzyć.
      Przyznam, że obejrzenie filmu skwitowałam jednym wielkim "meh". Postanowiłam zapoznać się z wersją kinową, zanim sięgnę po książkę, bo jakoś tak mam, że zazwyczaj wolę słowo pisane od obrazu. Po średnim przyjęciu przeze mnie filmu, obawiałam się papierowej wersji opowieści. Jednak otrzymałam wspaniałą historię, totalnie porąbaną, ale jednocześnie niezwykle ludzką. Dobrze wiem, że nie dałoby się przenieść tej mocy na ekrany kin, ale jeśli ktoś po obejrzeniu Kształtu wody postanowi sięgnąć po książkę Guillermo del Toro i Daniela Krausa, to podejmie jedną z lepszych decyzji w swoim życiu.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy Zysk i S-ka Wydawnictwo.


0 komentarze:

Prześlij komentarz