Nafaszerowani kulami i nudą – przedpremierowa recenzja „The Highwaymen”

the highwayman, kevin costner, woody harrelson, bonnie i clyde, netflix, recenzja filmu
Uła, cóż to była za porażka. Serducho bolało mnie niemiłosiernie, podczas oglądania „The Highwaymen”, bo naprawdę wierzyłam w ten projekt. Owszem, uwielbiam opowieści o wyjętych spod prawa, szczególnie o seryjnych mordercach – ale tak samo, a może bardziej, lubię obejrzeć dzieła kultury, obalające mit owych „złych”. Dlatego widząc, że „The Highwaymen” opowiada historię Franka Hamera i Maney’a Gaulta, mężczyzn, którzy (ekhem) złapali Bonnie i Clyde’a, zacierałam ręce, czekając na okazję do obejrzenia tego filmu. A teraz jest mi po prostu przykro. 

Bonnie Parker i Clyde Barrow to para, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Ich związek wciąż utożsamiany jest z miłością stojącą na przekór wszelkim przeciwnością, z wiatrem wolności u włosach i dłonią ukochanego w swojej dłoni. Nic dziwnego, bo jeszcze za życia ciągnął się za nimi wianuszek fanów, a pogrzeby tych przestępców przyciągnęły dziesiątki tysięcy oddanych im ludzi. 

Tyle tylko, że od lat 30. XX wieku minęło już wystarczająco czasu, by odbiorcy opowieści o Bonnie i Clydzie wzięli sobie do serca, że owa para mordowała. I to w okrutny sposób. Dlatego właśnie opowieść o złapaniu ich wydawała się być doskonałym pomysłem. Taka szansa na obalenie mitu, to jedno. Sam powrót do tej epoki, przedstawienie bliżej Strażników Teksasu (bo to oni zabili Bonnie i Clyde’a), którzy u nas kojarzą się chyba w większości z Chuckiem Norrisem, analiza psychicznych skutków zabicia kogoś – to mogło być coś naprawdę, naprawdę dobrego. 

the highwayman, kevin costner, woody harrelson, bonnie i clyde, netflix, recenzja filmu
Niestety, wszystkiego, o czym piszę powyżej zabrakło w „The Highwaymen”. Nie rozumiem dlaczego, bo reżyser i scenarzysta tego filmu, John Lee Hancock, nie jest pierwszym lepszym twórcą filmowym. Ma na swoim koncie dobre produkcje, widać, że potrafi odpowiednio pracować z danym mu materiałem. A tu? Miał nie tylko ogrom tropów do wykorzystania, ale również znakomitych aktorów pod swoimi skrzydłami. 

I właśnie oni ratują ten film przed mianem totalnej porażki. Chociaż nie mają łatwo. Kevin Costner w głównej roli brzmi jak coś naturalnego. Któż inny mógłby zagrać najsłynniejszego Strażnika Teksasu? Podczas oglądania „The Highwaymen” miałam jednak wrażenie, że Costnerowi nie za bardzo się chce. Albo po prostu nie wiedział co ma robić. On po prostu jest i mruczy. Dużo lepiej wypada Woody Harrelson, wcielający się w partnera Franka Hamera, czyli Maney’a Gaulta. Harrelson sprawił, że uwierzyłam w granego przez niego człowieka: zbolałego, walczącego ze słabnącym ciałem i zajechaną psychiką. Jednak moje serce ujęła Kathy Bates, która na ekranie pojawiła się jedynie na kilka minut. 

the highwayman, kevin costner, woody harrelson, bonnie i clyde, netflix, recenzja filmu
To, że ci aktorzy potrafili w jakikolwiek sposób mnie zainteresować, to naprawdę powód do pochwał, bo sama konstrukcja postaci nie pozostawała za wiele ekipie do pracy. Aż prosi się, by bardziej pokazać relację pomiędzy Hamerem a Gaultem. Jeszcze bardziej, by pokazać jak ich służba w roli Strażników Teksasu wpłynęła na ich psychiki – a wiemy, że wpłynęła, bo tuż przed zakończeniem filmu, Maney opowiada o przełomowym dniu w ich życiach. 

Przez owe braki „The Highwaymen” jest nudną produkcją. Hamer i Gault jeżdżą od miejsca do miejsca, próbując złapać słynną parę. Oczywiście, wszędzie napotykają trudności: a to mieszkańcy chronią Bonnie i Clyde’a, a to Strażnikom przeszkadza policja. Niestety, wszystko to jest miałkie. Dziać zaczyna się dopiero pół godziny przed końcem tego dwugodzinnego obrazu. 

the highwayman, kevin costner, woody harrelson, bonnie i clyde, netflix, recenzja filmu
Dopiero wtedy możemy oglądać bardziej żywiołową akcję, konkretne plany. Dowiadujemy się trochę więcej o przykrych wspomnieniach głównych bohaterów. Samo złapanie Bonnie i Clyde’a jest okropną sceną. Dobrą, jedną z nielicznych ciekawych w tym filmie, ale okropną. Nie ma tu akcji, strzelaniny, wysokiej adrenaliny. Jest tylko zasadzka i nafaszerowanie siedzących w samochodzie Bonnie i Clyde’a. I jest to koniec smutny, moralnie trudny, szokujący nawet jeśli znało się los tej pary przestępców. Jeszcze to mogło uratować „The Highwaymen”, jeszcze finał mógł mocno wybrzmieć, łamiąc konwencje toksycznej męskości, odrzucając wywyższanie na piedestały zbrodniarzy (co produkcja próbuje robić, na przykład poprzez niepokazywanie dokładnie postaci przestępców, chociaż koniec końców przez to wydają się być jeszcze bardziej przyciągający). Ale jakoś to nie wybrzmiewa, jakoś zanika. 

Naprawdę mi przykro. Liczyłam na ten film, byłam go ciekawa. Zwiastun zapowiadał akcję, a film okazał się być flakami z olejem. Przynajmniej popatrzyłam sobie na modę i wspaniałe samochody z lat 30. XX wieku. Ale sami sobie odpowiedzcie, czy to wystarczy?

Prześlij komentarz

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.