Seks jest piękny – recenzja „Sex Education”

sex education, netflix, seriale, recenzja
Za moich nastoletnich lat, w odkrywaniu seksualności towarzyszyło mi „Skins”. Dzisiejsi nastolatkowie mogą sięgnąć po kolejną brytyjską produkcję, tym razem pod pieczą Netflixa. 

Seks sprzedaje. To zdanie obecnie jest truizmem, bo raczej każdy wie, że wystarczy nagie ciało, by przyciągnąć odbiorców do danego dzieła. Jednak sposób zwabiania ludzi zmienia się na przestrzeni kolejnych lat. Swego czasu na ekrany wlatywał nagi cyc i już można było zacierać ręce, podczas czytania tych wszystkich komentarzy o tym, jak bardzo kontrowersyjny jest ów serial/film. Na szczęście, coraz częściej twórcy filmowi i serialowi rozumieją, że posługiwanie się kobiecym ciałem jak znakiem, zachęcającym do wstąpienia do pobliskiej restauracji, nie jest w porządku. Jednak z drugiej strony, na nieszczęście, coraz częstsza jest tendencja by nakręcać zainteresowanie danym dziełem poprzez pokazywanie męskiego ciała. Wystarczy biorący prysznic Tom Hiddleston, by pojawiła się masa artykułów o tym, że Brytyjczyk pokazał swoje ciało na szklanym ekranie. 

Oczywiście, w pokazywaniu nagości, aktów seksualnych czy seksualności w filmach, serialach lub jakichkolwiek formach sztuki nie jest niczym złym. Nie powinniśmy bać się seksu, a nieustanne utrzymywanie tej tematyki w zakresie tabu nie jest niczym dobrym dla społeczeństwa. Jednak takie treści powinny pojawiać się nie jako wabiki na widzów, ale jak coś normalnego – jako naturalna część życia. Bo seks jest czymś zwyczajnym dla każdego – nawet, jeśli go nie uprawia. A w każdym razie, powinien taki być. 

I tu pojawia się serial Netflixa, „Sex Education”. 

sex education, netflix, seriale, recenzja
Główny bohater, Otis Milburn wychowywany jest przez matkę, będącą seksuolożką. Dzięki temu posiada wiedzę znacznie większą, niż jego rówieśnicy. Kiedy Maeve Wiley, mająca reputację głównej szkolnej dupodajki, odkrywa bogactwo umysłu Otisa, postanawia założyć razem z nim „klinikę”. Bo, nie jest to raczej zaskoczeniem, licealiści nie mają pojęcia o tym, jak naprawdę wyglądają sprawy związane z seksem. 

Pozornie „Sex Education” jest kolejną teen dramą. Główny bohater to outsider, zakochuje się w dziewczynie spoza jego ligi, ma najlepszego przyjaciela, który często jest źródłem komizmu w serialu. W szkole mamy sportowca – ucznia idealnego, rozrabiakę, grupkę popularnych dziewczyn. Jednak klisze dramatu o młodzieży są tylko punktem wyjściowym do znacznie ciekawszej historii. Pod przykrywką sztampowych bohaterów kryją się ciekawe postacie, skrzętnie zbudowane z doskonałych dialogów, problemów mniejszych lub większych (które dla nich samych są ogromne, bo przecież dla nas nasze problemy są najgorsze i nie ma w tym nic złego) i młodzieńczej nieporadności w świecie dorosłych. 

sex education, netflix, seriale, recenzja
Dzięki temu, że bohaterowie tak bardzo na początku przypominają klisze, znacznie łatwiej było Netflixowi trafić w jak największą liczbę odbiorców. Po to, by później przekazać wiadomość. Bo postacie w „Sex Education” są jednocześnie wszystkimi z nas oraz nikim z widzów. Rzeczywistość produkcji pozostaje bliżej nieokreślona. Niby wiemy, że znajdujemy się w Wielkiej Brytanii, jednak organizacja liceum wskazuje bardziej na to, że akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych. W serialu widzimy sprzęty współcześnie popularne, ale moda i samochody przywodzą na myśl lata 90. XX wieku. 

Jest tak dlatego, że bohaterowie „Sex Education” są manekinami, na których twórcy serialu postanowili wyeksponować swoje produkty. Oglądając ten serial Netflixa, wchodzimy do sklepu z ubraniami, w którym możemy kluczyć pomiędzy wieszakami i działami, by znaleźć coś dla siebie. I tak, jak wiele osób może sięgnąć po tę samą rzecz w odzieżówce, tak wielu widzów „Sex Education” może znaleźć bohatera, który został uszyty dla niego. 

sex education, netflix, seriale, recenzja
Ktoś mógłby marudzić na to, że bohaterowie wydają się być prości i wyjęci z pierwszej lepszej teen dramy. W porządku, każdemu podoba się co innego, proszę takich osób nie wyśmiewać. Ja jednak widzę w takiej konstrukcji głębszy zamysł i pozycja recenzentki daje mi uprawnienia, by ogłosić Wam, że tak właśnie jest. Dlaczego? Bo niekiedy potrzeba skorzystać z prostego przekazu, by móc z łatwością odpowiedzieć na banalne pytania. Bo niekiedy owe banały zostały owiane otoczką tajemnicy i trudno dostępnej wiedzy. 

Tak właśnie jest z seksualnością. I chociaż wiedzę o tej tematyce młodzież powinna zdobywać w szkole lub poznawać ją z rodzicami, to popkultura jest tak ogromną częścią życia jej odbiorców, że oswajanie z jakąś tematyką na jej łamach znacznie ułatwia edukację. 

A „Sex Education” robi to naprawdę dobrze. Dotyka szerokiego spektrum, sięga po różne orientacje, fetysze, podejścia do własnej płciowości. Serial nie ucieka przed problemami uznawanymi za kontrowersyjne, jak aborcja. Wprost mówi o masturbacji, fetyszach, związkach opartych tylko na seksie i o miłostkach. Wyjaśnia, wprowadza w tematykę i pokazuje, by nie bać się własnego ciała. 

sex education, netflix, seriale, recenzja
Oczywiście, nawet najlepiej rozpisana fabuła trafiałaby jak grochem o ścianę, gdyby nie utalentowani aktorzy. Młoda kadra pokazuje najwyższy poziom, ale moje serce zdobyła Gillian Anderson. W sumie, nic w tym dziwnego, ponieważ darzę tę aktorkę sympatią od kiedy pamiętam, jednak w roli Jean, matki Otisa, wspięła się na całkiem nowe wyżyny talentu. 

Nie dziwi więc, że serial otrzymał zamówienie na drugi sezon. Fabularnie i technicznie prezentuje się jako znakomita produkcja nie tylko dla młodzieży, ale również dla odbiorców, którzy nastoletnie lata mają już za sobą. Odstawia na bok wulgarność i tajemnice, z klasą, humorem i toną emocji opowiadając o tym, co dotyczy każdego z nas: o seksie.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.