Co tu się odjaniepawla? – recenzja „Deadly Class” tom 1

deadly class, recenzja komiksu, non stop comics
Młodzi zabójcy uczą się przykładnie w szkole, a przy okazji wyjeżdżają na wycieczki, by pozwiedzać, zaopatrzyć się w dobre narkotyki i może kogoś zabić. Typowa dzisiejsza młodzież. 

Marcus Lopez Arguello stracił rodziców w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Poznajemy go jednak wiele lat po tragicznym wydarzeniu, kiedy już nie jest wychowankiem domu dziecka, tylko żyje na ulicy, starając się jakoś przetrwać każdy dzień. Za swoją sytuację obwinia obecnie panującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, Ronalda Regana. 

Pewnego dnia Marcus zostaje zwerbowany do Szkoły Zabójców, w której poznaje przekrój typowych, licealnych stereotypów uczniów i klik – zupełnie jak w każdej innej opowieści o amerykańskiej szkole, tyle tylko, że w Szkole Zabójców naucza się, cóż, zabijania. Czy to w walce wręcz, czy to za pomocą trucizny lub różnych rodzajów broni. 

Być może popełniłam błąd, najpierw zapoznając się z serialem HBO, a dopiero potem sięgając po pierwowzór w postaci komiksu Ricka Remendera i Wesley’a Craiga. Chociaż zawsze oddzielam takie dzieła, jako zupełnie różne, niepowiązane ze sobą, twory, to w trakcie lektury pierwszego tomu „Deadly Class” nie mogłam wyzbyć się myśli, że „hej, w serialu zrobili to lepiej”. 
deadly class, recenzja komiksu, non stop comics
Jeśli Remender chciał po prostu czymś jebnąć, to owszem, udało mu się. Pierwszy tom „Deadly Class” to narkotykowy trip – zarówno scenarzysty, jak i bohaterów, których Remender stworzył. Mimo że bazą opowieści jest grupa nastolatków, uczęszczających do jednej szkoły, to ich działania przywodzą na myśl raczej starych wyjadaczy ze światka przestępczego. 

Wygląda to naprawdę zjawiskowo, rysunki Craiga są wspaniałe, mocne. Wciągają w tę opowieść, sprawiając, że na chwilę można zapomnieć o otaczającym nas świecie. Kadrowanie jest bardzo dynamiczne, a kreska i kolory jednocześnie dają wrażenie jakby obraz płynął, ale jednak nie rozmywają postaci i tła. Graficznie jest bardzo plakatowo, prosto i czytelnie, choć rysownik pozwala sobie na dodanie to tu, to tam jakiegoś pozornie niepasującego elementu. 

I szkoda, że Wesley Craig podołał zamysłowi Remendera, a sam scenarzysta nie. Wiem, że Remender lubi porzucać rozwój bohaterów na rzecz akcji, ale w „Deadly Class” zrobił to zdecydowanie za szybko. Nie widzę żadnej więzi pomiędzy bohaterami, poza relacją Marcus – Willie. Saya i Maria mają być najlepszymi przyjaciółkami, ale jak mam w to uwierzyć, skoro według scenarzysty ma świadczyć o tym tylko jedna wymiana zdań pomiędzy bohaterkami: „- Jesteś zajebista! – Ty jesteś zajebista, jesteś moją najlepszą przyjaciółką!”. No chyba nie. 

deadly class, recenzja komiksu, non stop comics
Obawiam się, że takie podejście do budowania świata przedstawionego odbije się czkawką w następnych tomach. Długiej formie trudno będzie utrzymać się jedynie na odlotach. Owszem, Remender wrzuca to tu, to tam coś głębszego, jakieś mikro przesłanki o kondycji społeczeństwa i dzięki temu spośród kolorowych piórek wystaje jeszcze konkretne mięsko. Ale z drugiej strony scenarzysta wsadza w usta Marcusa filozoficzne przemyślenia, które w innej sytuacji brzmiałyby świetnie i mogłyby nakręcić fabułę lub chociaż pozostawić coś w widzach – a tak brzmią jak spuszczanie powietrza z wielkiego balona. 

Jasne, jeśli jesteście tu tylko dla dobrej zabawy, świetnej akcji i wspaniałych rysunków – nie potrzebujecie szukać dalej, pierwszy tom „Deadly Class” da Wam to wszystko z nawiązką. Ja również bawiłam się znakomicie podczas lektury, jednak nie mogłam wyzbyć się zgrzytania zębami patrząc na relacje między bohaterami. 

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.