Zagraj to jeszcze raz, Sam - recenzja „Bloodshot Reborn” tom 1

Absolutnie chłodny i wyrachowany zabójca na zlecenie. Taka była jego przeszłość. Czy da radę przezwyciężyć koszmary przeszłości?

Trudno nie zauważyć, że wydawcy w tym, jak i w zeszłym roku dostarczyli nam całkiem sporo dzieł spod pióra Jeffa Lemire. W tym dwie pozycje od wydawnictwa Valiant. Waleczni byli komiksem całkiem przyjemnym w odbiorze, choć odrobinę zbyt krótkim. Już w tym momencie mogę powiedzieć że „Bloodshot Reborn” taki nie będzie, ale po co bardziej się rozpisywać, najpierw skupię się na mięsku każdego komiksu, czyli fabule.

bloodshot reborn, kboom, komiks, recenzja
Komiks zaczyna się od pytania: Kim był Bloodshot?. Miałbym jedno, odrobinę złośliwe rozwiązanie tej zagadki. Jeżeli wzięlibyście Van Dama, puścili mu dyskografię Linkin Parku, otrzymali byście bohatera takiego jak protagonista tego albumu. Po wydarzeniach w „Walecznych" Bloodshot stracił swoje nanity, a więc utracił swoją zdolność regeneracji, a co gorsze, zaczęło do niego docierać, ile istot zabił, będąc cynglem na usługach rządu. Obecnie nasz, były już, zabójca jest zwykłym cieciem w motelu Red River, położonym w zapomnianym przez Boga zakątku Kolorado. Jednak największym problemem jest to, że w różnych miejscach na terenie Stanów Zjednoczonych zaczęli pojawiać się ludzie z białą skórą i czerwonym okręgiem na klatce piersiowej. I można by uznać ich za cosplayerów, gdyby nie to, że dokonują licznych masakr, w których giną niewinni ludzie. O wiele słabszy i zasiedziały protagonista porzuca swoje dotychczasowe życie ciecia uzależnionego od narkotyków, i wyrusza powstrzymać kolejnych szaleńców, noszących się podobnie do jego klasycznego stroju.

bloodshot reborn, kboom, komiks, recenzja
Po samym opisie przeciętny czytelnik mógłby rzec, że brzmi to jak najzwyklejszy w świecie akcyjniak, ale poczekajcie moi mili, to jeszcze nie wszystko! Bo kiedy mamy typowy schemat osłabionego bohatera, który musi wyruszyć na prawdopodobnie ostatnią misję by uratować dzień, Jeff Lemire dorzuca tam coś od siebie. Główny bohater jest załamany swoimi czynami jako cyngiel, który zabijał ludzi bez mrugnięcia okiem. Miks alkoholu i leków zażywany każdego dnia wieczorem, zabiłby go prędzej czy później,  gdyby nie wcześniej wspomniane wydarzenia.  Co gorsza, wraz z odzyskaniem kolejnej części nanitów (bo nie mogły zebrać się w jednym miejscu, to byłoby zbyt proste), Ray odczuwa że znów staje się Bloodshotem, i nie jest w stanie nic z tym zrobić. A to jest ostatnią rzecz, którą może chcieć wolny człowiek. Nie zagłębiać się w szczegóły,  pościg za Bloodshotem prowadzi profilerka FBI, która: jest kobietą, do tego młodą, bardzo pewną siebie, w nie wymuszony, naturalny sposób. Pomimo docinków Bloodsquirta po prostu robi swoje, sprawiając opad szczęki niedowiarkom.

bloodshot reborn, kboom, komiks, recenzja
Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeśli wystawię temu komiksowi ocenę pozytywną. Ale taką z plusem. Zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż Waleczni, i posiada w mojej opinii ciekawszą historię niż X-0 Manowar. Na  pewno będę śledził dalsze losy tego "zabójcy mimo woli", bo czuć tutaj dobroć, którą Lemire przekazuje do swoich komiksów. To kawał dobrej lektury, spróbujcie koniecznie.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy Wydawnictwu KBOOM.

Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.