Obiecujący początek - recenzja „Miecz Zabójcy Demonów” tom 1

Jakoś mi ostatnio tęskno za samurajowatymi historiami. Może to przez ten lockdown, bo odwołano wszystkie imprezy komiksowe po Rumiaconir, i już dawno powinienem mieć w łapkach „Poranek ściętych głów”. No ale nic, mamy miesiąc shounenów, więc na tapet ląduje pierwszy z wielu tomów tej serii.

Jak sam główny bohater na samym początku mówi, prowadzi on spokojne, choć nie pozbawione trosk życie z dala od wioski. Po śmierci ojca, to na niego, jako najstarszego syna, spadł obowiązek martwienia się o domowe fundusze. I skwapliwie wypełnia swoje powinności, handlując z ludźmi mieszkającymi w najbliższej wiosce. Wszystko zmienia się, gdy powróciwszy do rodzinnego domu odkrywa, że w nocy jego rodzina została zaatakowana przez ludożerczego demona, który wykończył wszystkich jej członków, prócz maleńkiej siostrzyczki, która wydawała się przejawiać jakiekolwiek oznaki życia. Szybko jednak okazuje się, że ten mały berbeć stał się jednym z demonów, który nie trzyma swych szponów w poduszeczkach jak grzeczny kotek. Jak wszyscy domyślamy się, odtąd chęć wyleczenia siostry z bycia krwiożerczym i ludożerczym demonem, będzie kierować bohatera ku kolejnym wyzwaniom i przygodom.


Wiem, że standardem komiksów z magazynu Weekly Shonen Jump jest umieszczanie takich motywów jak troska o najbliższych, walka o przyjaźń, czy „dawanie z siebie wszystkiego”. Ale główny bohater troszczący się o młodszą siostrę (oczywiście w sposób maksymalnie uproszczony) do mnie trafił, przez co bez problemu byłem w stanie kibicować młodzianowi w jego drodze i treningach. Jednocześnie mam wrażenie, że fabuła jest strasznie skompresowana i o ile nie lubię dłużyzn, tak tu wydawało mi się że tu wszystko dzieje się za szybko. W głowie huczało tylko „spokojnie panowie, jeszcze dwadzieścia tomów”.



Graficznie jest bardzo przyzwoicie, już od samego początku, zwłaszcza jak na takiego początkującego twórcę, jakim jest autor. Nie raz, i nie dwa na twitterze widziałem porównania głównych bohaterów mang z magazynu Shonen Jump. Różnica pomiędzy pierwszym, a setnym rozdziałem potrafi być astronomiczna, dlatego tym bardziej czekam na kolejne tomy, by zobaczyć jak zadziało się w przypadku Miecza zabójców.

Trudno mi zgadnąć, w którą stronę pójdzie ten komiks, ani jak się rozwinie. Wiem natomiast, że w „Shonen Jumpie” ma wyjść już ostatni rozdział, co mówi mi, że nie będziemy mieć do czynienia z przedłużaniem na siłę do kilkudziesięciu tomów, a i pierwszy tom do rozwleczonych z pewnością nie należał. Gdy tak tydzień po przeczytaniu zastanawiam się nad tempem akcji tej mangi, stwierdzam że była bardzo odpowiednia.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękujemy Wydawnictwu Waneko.



Publikowanie komentarza

Copyright © Geek Kocha Najmocniej – Analizujemy popkulturę.