Było mi smutno, więc mi się podobało - recenzja Giant Days, tom 3: Bycie miłą nic nie kosztuje

by 20:32 0 komentarze
giant days tom 3, recenzja, komiksy, non stop comics

Ponownie spotykam się z bohaterkami Giant Days. Czy tym razem jest lepiej, niż w przypadku drugiego tomu?

     Bycie miłą podczas recenzji tego komiksu rzeczywiście nic nie kosztuje. W tekście o poprzednim tomie narzekałam, że czar pierwszej części prysnął, że brakowało mi tego ogromnego nakładu inteligentnego humoru, który sprawiał, że wybuchałam śmiechem co stronę. Na szczęście, Bycie miłą nic nie kosztuje ponownie wprowadza Giant Days na wyżyny. Chociaż tym razem z całkiem innego powodu, niż pierwszy tom.

giant days tom 3, recenzja, komiksy, non stop comics

      Chociaż wciąż śledzimy losy Susan, Daisy oraz Esther, w tej części dowiadujemy się więcej o reszcie ich paczki, czyli Edzie oraz McGraw. Ten pierwszy w końcu leczy się z nieszczęśliwej miłości do gotyckiej głównej bohaterki, stosując metodę starą jak świat: klin klinem. Podczas pracy w redakcji gazety studenckiej, zakochuje się w redaktor naczelnej. Niestety, ich związek kończy się bardzo szybko, bo obiekt uczuć chłopaka zachowała się wobec niego chamsko. Pomimo tego że zgrzyty między Edem i jego niedoszłą dziewczyną szybko zostają zażegnane, to autorom Giant Days i tak udaje się przepchnąć kilka trafnych nauk w dziedzinie edukacji seksualnej. Przyjaciele chłopaka tłumaczą mu, że seks nie wygląda tak, jak w filmach, a niedociągnięcia są czymś naturalnym i każdy człowiek, który ma za sobą inicjację seksualną, je zaliczył.

giant days tom 3, recenzja, komiksy, non stop comics

      Natomiast McGraw nie przestaje być największym słodziakiem w tym komiksie (jest prawie tak słodki, jak mój Piotruś). Niestety, jego związek z Susan zaczyna się psuć. Dziewczyna wciąga się politykę uczelnianą, prowadząc kampanię wyborczą kandydata na przewodniczącego związku studentów. Nie potrafi jednak pogodzić nowego zajęcia z resztą życia, na czym najbardziej trafi właśnie jej relacja z McGrawem.
      Ten motyw jest najbardziej emocjonalnym i bolesnym elementem tego tomu. Tak niedawno zachwycałam się tym, jak romantyczni i pełni szacunku są ci dwoje, a po przeczytaniu zaledwie kilku stron wszystko się zmieniło. Nie spodziewałam się, że ten lekki komiks, który w większości nastawiony jest na rozluźnienie czytelnika, inteligentny humor i po prostu dobre spędzenie czasu, tak mocno zmiażdży moje delikatne serduszko. Johnie Allison, wykonałeś świetną robotę!

giant days tom 3, recenzja, komiksy, non stop comics

       To samo tyczy się końcówki tego tomu. Bycie miłą nic nie kosztuje kończy się zaskakującym cliffhangerem. Jestem pewna, że kryzys tam przedstawiony szybko zostanie rozwiązany, ale i tak pozostawienie czytelników w takiej niepewności było dobrym zabiegiem. Może nie dorównuje to poziomowi końcówki Avengers: Infinity War, ale i tak jest ciekawie.
       Graficznie nadal jest bardzo dobrze. Tym razem Lissa Treiman mogła pozwolić sobie na trochę szaleństwa, bo jedna z historii dotyczy nocnego świata, do którego wpada Susan. Wszystko, co tam się dzieje, wygląda jak przepuszczone przez kalejdoskop: pełne barw, niestabilnych kształtów i wprawiające w wrażenie bycia na niezłym haju. 
     Nie pozostaje mi nic innego, jak ponownie zachęcić Was do sięgnięcia po tę serię. Chociaż są to komiksy na jeden kęs, to idealnie sprawdzają się jako rozluźniacz przed snem.

0 komentarze:

Prześlij komentarz